Sylwester [Sasori x Deidara, human au] | Alias Brzask Człowiek Złoto-
A/N
Pairingi: KakaObi, SasoDei, SasuNaru, KisaIta, PeiKon.
A, co do
nazwisk, bo to zabawna sprawa. Wiele z nich nie jest znanych więc są to
kolejno:
- Konan
dostała Amegakure, bo sieroty Ame,
- Pein
dostał Uzumaki po Nagato,
- Deidara
dostał Kawamoto po aktorze głosowym, bo dużo osób mu takie daje,
- Sasori
dostał nazwisko Akasuna od swojego tytułu,
- Hidan ma
Yugakure od nazwy wioski,
- Kakuzu
ma Takigakure od nazwy wioski,
- Zetsu
nie dostał nazwiska, bo nie było to potrzebne,
-
Szczęściarze, którzy swoje nazwiska mają kanonicznie, mają swoje kanoniczne i
tyle, I guess, że to logiczne.
A, a z
tytułem chodzi o to, że:
Akatsuki –
świt/brzask
Human –
człowiek
Au –
symbol chemiczny złota
Nie ma za
co, Al. Wiem, że prawdopodobnie mnie za to nienawidzisz. Cheers.
Sincerely,
ME
Koniec A/N
Sasori
westchnął cierpiętniczo, mało co nie kończąc swej egzystencji widowiskowym
uderzeniem głowy o kierownicę. Jak długo przyszło mu jeszcze stać w tym
nieskończenie długim korku? Że też ten pierdzielony śnieg musiał spaść i
zablokować drogi akurat teraz, kiedy każdy przeciętny Japończyk ruszał w
jednostronną podróż ku nieprzytomności. Ach, właśnie, śnieg. Biały
puszek, którego nikt nie widział od stycznia zeszłego roku, łaskawie pojawił
się w najgorszym momencie, obsypując cudnym proszkiem każdy okoliczny budynek,
chodnik i jezdnie, rajcując przy tym wszystkie irytujące dzieciaczki.
Dzieciaczki, które obecnie wesoło machały swoimi obrzydliwie kluskowatymi
łapkami stojącym na ulicach kierowcom. Oznaczało to jedynie, że tegoroczny
Sylwester miał przebieg klasyczny. W końcu nigdy jeszcze ta wspaniała impreza
nie obyła się bez jednej lub kilku wpadek, niedociągnięć bądź istnych
katastrof. Prawdę mówiąc, od kiedy czerwonowłosy znał swoich okropnych
przyjaciół, ani razu nie czuł się rozluźniony, witając Nowy Rok. Apogeum
tragedii osiągnięto jednak dopiero podczas zeszłorocznej zabawy. Akasuna nadal
zastanawiał się nad tym, jakim cudem Hidan posłał na drugi świat wszystkie
rybki w akwarium Kisame. Cóż, chyba pewne zdarzenia powinny pozostać
niewyjaśnione…
- Sasori, czy my kiedykolwiek się ruszymy? – spytał pewien
osobnik swoim niezwykle irytującym głosem.
No tak. Ów osobnik siedział na
miejscu pasażera przez ostatnie pół godziny, rozglądając się po okolicy i
reagując entuzjastycznym okrzykiem na każdy płatek śniegu, który jakimś cudem
przykleił się do prawej szyby. W międzyczasie odmachiwał małym gnojkom lepiącym
bałwana i zagadywał swojego chłopaka, prawdopodobnie próbując w jakiś
sposób zabić czas. Nieudolnie.
- Nie, Deidara. Umrzemy tu – odpowiedział grobowym głosem
brązowooki. Sam nie należał do najcierpliwszych, ba, nie znosił czekać na coś
dłużej niż kilka minut, ale blondyn prawdopodobnie bił go w tej dyscyplinie na
głowę.
- Bardzo zabawne, hm – mruknął Kawamoto, opierając brodę na
ręce i wyglądając za szybę. Już po chwili przeniósł jednak swój wzrok w dół i
począł jak dzieciak bawić się oknem.
Sasori zmarszczył brwi, po czym
wziął głęboki wdech. No dobrze – kilka głębokich wdechów i – bardzo
delikatnie - zdzielił partnera po
głowie, dając mu do zrozumienia, aby dodatkowo go nie drażnił. Już od rana był
bowiem w podłym humorze, nawet jak na jego standardy. Poza pobudką o czwartej
rano przez spitych sąsiadów bawiących się fajerwerkami, przypadkowym zniszczeniem
marionetki przez jego kota oraz dowiedzeniem się, że kochana firma wodociągowa
odłączyła dostęp do wody na całej jego ulicy, przez co zmuszony był jechać o
szóstej przez całe miasto do bardzo irytującego, ale jednocześnie uroczego
przedstawiciela rodzaju ludzkiego, który wcale nie doprowadził go dzisiaj
do szewskiej pasji przez jedną ze swoich najgorszych wad, jaką zdecydowanie nie
było zapominanie o ważnych datach, zwłaszcza nie o rocznicach, oprócz
tego całego gówna dopadł go jeszcze korek. I to nie byle jaki. Najdłuższy,
pierdolony korek, który kiedykolwiek widział na ulicach tego zadupia. Co nagle
ściągnęło tu tych wszystkich ludzi? Przecież w niesamowicie rzetelnej i godnej
zaufania opinii aż jednej osoby, czerwonowłoswego, rzecz jasna, to miasto
ssało. Bardzo. Ale jak widać, większość mieszkańców nie zgadzała się z jego
pogardliwą opinią. A szkoda. Gdyby mieli chociaż krztynę smaku, to wyjechaliby
gdzieś hen daleko i odkorkowali główne ulice.
- Przypomnij mi, o której mieliśmy być na miejscu? – mruknął
zrezygnowany, opierając głowę o kierownicę. Był zbyt zmęczony, aby przenieść
swój zdegustowany wzrok na cokolwiek innego niż samochodowy dywanik.
- O dziewiętnastej. Mamy jeszcze trzy minuty na dojazd –
odparł niebieskooki, wgapiając się bezczynnie w różową Hondę i jej, doskonale
mu znanego, pasażera – Patrz, Uchiha stoi przed nami, hm.
Akasuna wywrócił bezceremonialnie oczyma. Nigdy tak
właściwie nie rozumiał irracjonalnej nienawiści, jaką jego ukochany darzył
całą tę rodzinkę. Ze wzajemnością zresztą, bo zdawało się, że jedynie Itachi
zachowywał jakąkolwiek godność, gdy już dochodziło między nimi do spotkania.
Sasuke i Obito nawet nie kryli swej pogardy, tocząc z blondynem zażartą bitwę
na infantylne obelgi. Ich zgrzybiały dziadek także zdawał się za nim nie
przepadać, chociaż akurat on miał tak z każdym.
- Który znowu? Mam nadzieję, że Itachi… - powiedział –
Przynajmniej nie byłoby awantury… - dodał znacznie ciszej.
- Nie, Kakashi, hm – rzekł Deidara takim tonem, jakby była to
najoczywistsza rzecz na świecie.
I jakby pomyśleć nad tym dłużej –
była. Lalkarz mógł się domyślić – głos blondyna nie miał w sobie charakterystycznej
nutki nienaturalnie ogromnej wrogości, gdy mówił o tej osobie. Czerwonowłosy
przeklął się w duchu za spędzanie z tym kretynem tak wielkiej ilości czasu.
Skoro zaczął już zauważać takie szczegóły, zdecydowanie musiało być z nim coś
nie tak. Może przyszła pora na kolejną wizytę u specjalisty? Co prawda nigdy
nie chodził na nią przez swój związek, aczkolwiek jego druga połówka sama była
zdrowo postrzelona, więc czy nie powinien, chociażby dbając o zdrowie
psychiczne Kawamoto, zabrać go pewnego dnia do poradni? Prawdopodobnie po
diagnozie sam psychiatra omijałby chłopaka szerokim łukiem, z obawy, że ten
mógłby wysadzić lub podpalić cały budynek. Sasori bowiem wielokrotnie wspominał
mu o jego możliwej – niemal pewnej – piromanii. Ten jednak zbywał to machaniem
dłoni.
- Sasori, korek ruszył – głos niebieskookiego wyrwał go z
rozmyślań. Lalkarz niemal od razu podniósł się do pozycji prostej i przygotował
do ruszenia z miejsca po długim okresie bezczynności.
Już po chwili ponownie zmierzali do mieszkania swoich
gospodarzy, Peina i Konan. W tym roku jedynie oni wyrazili jakiekolwiek chęci
na wpuszczenie w swe progi hołoty pokroju Hidana – od zeszłorocznego incydentu
nawet wspaniałomyślny Kisame postanowił sobie odpuścić. Do dzisiaj bowiem nie
pozbierał się po stracie ukochanych rybek. Nawet próby pokrzepienia go przez
Itachiego na niewiele się zdały, a akwarium dalej stało puste, bo Hoshigaki
psychicznie nie zdzierżyłby świadomości, że wymienił swoich przyjaciół na
nowe zwierzątka. Dla brązowookiego było to co najmniej niezrozumiałe, ale gdy
tylko starał się coś powiedzieć, opiekuńczy Uchiha natychmiast odcinał go od
dyskusji. Pozostało mu więc jedynie racjonalnie argumentować w samotności – a
najlepiej w innym pokoju, tak, aby dotknięty żałobą nie słyszał jego narzekać.
,,Czasami jesteś gorszy niż mój
dziadek’’ skwitował całą sytuację czarnowłosy, gdy wszyscy goście opuszczali
już mieszkanie. Akasuna nie poczuł się tym urażony – ale jego duma? Owszem. Jak
śmiał go w ogóle porównywać do zrzędzącego dziada, Madary, który wszystkich
wyklina, przeklina, grozi i bije laską, i Bóg wie, co jeszcze! Nawet Zetsu
długo z nim nie wytrzymuje, a na swoje nieszczęście, musi. Prawdopodobnie gdyby
nie oferta szybko zarobionych, dosyć dużych pieniędzy, nigdy nie zgodziłby się
na zostanie jego niańką, no ale cóż – nie przemyślał zbyt dobrze tej decyzji.
- Nareszcie jesteśmy… - powiedział blondyn, przeciągając się
po wyjściu z samochodu – Och, wow. Spóźniliśmy się jedynie pół godziny.
- Zamknij się. Skąd miałem wiedzieć, że nagle to śmierdzące miasto stanie się najpopularniejszym miejscem do spędzania Sylwestra w całej Japonii? Wyjechałbym wcześniej – warknął Sasori, otwierając bagażnik i wyciągając z niego kilka plastikowych torebek – Żeby było jasne, ty niesiesz fajerwerki.
Deidara jedynie zaśmiał się i
wywrócił oczyma, po czym podniósł cztery torby i zaczął kierować się do
mieszkania. Takie atrakcje zawsze były jego specjalnością – w końcu jako
student pirotechniki powinien w tej dziedzinie pokazać klasę! Zadecydował, że w
takim razie sam skonstruuje fajerwerki, zamiast kupować je gdzieś w pobliskim
sklepie. Co prawda, nie były przetestowane, ale jaka to była oszczędność!
Oczywiście ani słowem nie pisnął o tym swojemu obiektowi westchnień – nie był
na tyle głupi, aby samodzielnie skazać się na śmierć z rąk czerwonowłosego. Poza
tym, ufał swoim umiejętnościom i miał prawie całkowitą pewność, że wszystko się
uda! Cóż, musi…
- Powiedz, że pojedziemy windą – jęknął Kawamoto, po wdrapaniu
się na pierwsze pół-piętro. Toboły, które dźwigał, ważyły dobre kilkanaście
kilogramów, a on dopiero w bloku uzmysłowił sobie, że Pein i Konan mieszkają na
dziesiątym, praktycznie najwyższym piętrze. Nie mogli wybrać mieszkania gdzieś
niżej?...
- Nie mam nawet opcji powiedzieć ‘’nie’’, prawda? – zapytał
znudzonym głosem lalkarz, pod nosem uśmiechając się delikatnie i kręcąc głową z
udawaną dezaprobatą. Mu łatwiej było mówić – niósł tylko worek z balonami,
szampana i kolorowy papier obiecany fioletowowłosej artystce. Nic ciężkiego!
Drugi chłopak przytaknął
niechętnie, nie chcąc wypunktowywać tego swojemu partnerowi. Najwidoczniej
Akasunie magicznie poprawił się humor w te kilka minut. Nie to, że narzekał.
Wręcz przeciwnie – liczył, że taki nastrój utrzyma się mu przez następne kilka
godzin i tegoroczną imprezę będzie można nareszcie uznać za udaną!
Uradowany rzeźbiarz podszedł do
windy, po czym stanął przed nią, standardowo wciskając przycisk pięć razy.
Robił tak od dzieciństwa i zazwyczaj przynosiło mu to szczęście. Brązowooki
nigdy nie rozumiał dziwnych zwyczajów swojego partnera, ale, dla własnego dobra
oraz komfortu psychicznego, wolał w to nie wnikać. Przywykł już, że ten od
zawsze zachowywał się jak dziecko, co w połączeniu z jego niebezpiecznym,
niecodziennym hobby nie znaczyło nic dobrego. Cóż – dobrze i tyle, że zamiast
wysadzać budynki, pozbywał się jedynie glinianych rzeźb. Obstawiał więc, że
dzisiejszy wieczór zakończy się niezwykle… wybuchowo, biorąc pod uwagę,
że właśnie ten osobnik odpowiedzialny był za fajerwerki. W duchu liczył jednak,
że Dei schla się do nieprzytomności jeszcze przed północą i w porę uda się
zneutralizować pirotechniczne cudeńka, które w jego rękach stanowiły istne
zagrożenie terrorystyczne. Jednocześnie czuł, że szanse na to były znikome –
los nigdy nie okazywał mu swojej łaski.
W końcu, po kilkunastu sekundach czekania, dane im było usłyszeć charakterystyczne brzdęknięcie – elewator zatrzymał się naprzeciw ich twarzy, po czym rozchylił drzwi. Studenci weszli do środka, niższy wybrał wyznaczone piętro, a maszyneria ruszyła ku górze, w międzyczasie puszczając znajomą wszystkim, obrzydliwie-mdłą muzyczkę. Mimo jej okropnego rytmu, Sasori machinalnie zaczął ją nucić, posyłając przy okazji mordercze spojrzenie duszącemu się ze śmiechu Kawamoto. Do prawdy, scena ta musiała wyglądać komicznie – dwudziestodwuletni, mroczny i wiecznie skwaszony emos podśpiewujący kiczowatą, windową melodię. Nic, tylko się zaśmiewać!
Prawdopodobnie Akasuna brutalnie
zamordowałby go spojrzeniem na miejscu, gdyby nie to, że osiągnęli oni wreszcie
swój cel podróży. Wytoczyli się z dźwigu na klatkę schodową i stanęli przed
drzwiami mieszkania. Czerwonowłosy wyciągnął rękę przed siebie i zapukał,
informując gospodarzy o swoim przybyciu, zerknąwszy na zegarek. Spóźnili się
grubo ponad czterdzieści minut i nie zdziwiłby się, gdyby Konan nie zamierzała
wpuścić ich do domu. W wejściu jednak stanął Pein.
Piercer uniósł brew do góry i
rozejrzał się dookoła, początkowo ignorując przybyłych. Po chwili jednak
wyjaśnił swoje zachowanie.
- Jesteście pierwsi, chociaż według planu Kon byliście po
środku… - mruknął, odsunąwszy się z drogi, wpuszczając mężczyzn do środka. Gdy
tylko przekroczyli próg, wyższy z nich odstawił ciężkie torby i rozprostował
ręce. Pomarańczowowłosy spojrzał na niego z widocznym zdziwieniem, ale się nie
odezwał.
- Właściwie nie wiem, co możecie zrobić. Sam poradzę sobie z
balonami – tu wskazał na trzymane przez Sasoriego opakowanie – A Kon aktualnie
się szykuje, więc raczej nie życzy sobie przeszkadzania.
- My też powinniśmy! Przez ten głupi korek nie zdążyliśmy, hm!
Uzumaki pokiwał głową,
najwyraźniej nie chcąc wysłuchiwać dalszego monologu Deidary i poszedł zająć
się dekoracjami. On także chciał, by tegoroczny Sylwester w końcu się udał. Ile
można było czekać na tę jedną, jedyną zabawę, której nie pokrzyżuje śmierć
pupili, pobyt w szpitalu, grypa żołądkowa, sfiksowany, stary Madara, który jak
zwykle pomylił mieszkania lub alarm bombowy, który finalnie okazał się
idiotycznym i całkowicie nieśmiesznym żartem braciszka Itachiego?
Prawdopodobnie, znając ich szczęście, wieczność. Ale warto było marzyć, czyż
nie?...
Brązowooki tymczasem spojrzał na
swojego chłopaka podejrzliwym wzrokiem. Jasne, może nie wyglądali całkowicie
wyjściowo, ale przecież taki był zamiar! Czy nie miała to być jedynie luźna
zabawa u znajomych, a nie odjechany bal ze sztywnymi, brokatowo-cekinowo-kiczowatymi
strojami i całym tym przepychem, tak bardzo nieznoszonym przez lalkarza. A może
Kawamoto z premedytacją zataił przed nim pewne informacje na temat tej zabawy
tak, aby student ASP nie mógł się już wycofać? Znając blondyna, było to wielce
prawdopodobne.
Wspomniany osobnik jedynie
wyszczerzył się głupio. Podejrzliwe spojrzenie nie robiło już na nim wrażenia,
wręcz przeciwnie – przypuszczał, że doskonale wiedział, jaka teoria spiskowa
rodziła się właśnie w głowie Sasoriego. A on bynajmniej nie planował jej
dementować – na wszystko w końcu przyjdzie czas…
Zamiast tego, złapał niższego za
rękę i pociągnął do najbliższego pokoju, który okazał się być sypialnią,
prawdopodobnie gościnną. Dla jego niecnego pomysłu było to tak właściwie
najlepsze miejsce – ustronne i ciche, ale i dobrze oświetlone! Jak na ósmą
wieczorem, oczywiście.
Posadził zdziwionego brązowookiego
na łóżku i rzucił mu poduszkę, po czym sięgnął do swojej kieszeni.
- Przez ten pośpiech o czymś zapomniałeś, hm! – powiedział, wyciągając
w jego stronę rozłożoną dłoń z dwoma lakierami. Usiadł obok niego, otworzył
ciemnoszmaragdową buteleczkę i ponownie złapał dłoń partnera, który w tym
momencie spoglądał na niego z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. Teoretycznie
powinien już przywyknąć do dziwnych odpałów swojego ukochanego, w praktyce –
cóż, można powiedzieć, że ten zawsze potrafił znaleźć sposób, aby go zaskoczyć.
W pozytywnym lub negatywnym tego słowa znaczeniu.
Pomimo swojej mimiki, poczynania blondyna nie przeszkadzały mu jakoś bardzo. Tym bardziej, że niebieskooki miał rację –
rzeczywiście zapomniał na śmierć o tym, na co rok temu zgodzili się nie tylko
oni, ale także i wszyscy ich znajomi. Na
pomalowanie walonych paznokci.
Westchnął z udawanym cierpieniem, jednocześnie
układając swoją rękę wygodniej. Zdziwiło go, że Dei mimo swojej zwyczajowej
zapominalskości, nadal pamiętałam o tej głupawej obietnicy. Najwyraźniej to,
tak jak większość cech osobowości jego ukochanego, działało wybiórczo i
tylko, gdy ten musiał wymigać się od czegoś. Na przykład od przejawienia
jakiegokolwiek zaangażowania z okazji trzeciej rocznicy ich związku. Akasuna oczywiście
nie wypomniał mu tego rano czy podczas postoju. Szczerze – nie wypomniał mu
tego w ogóle. Miał zamiar dopiec mu, zaczynając ten temat dopiero, gdy
wszyscy już zgromadzą się na zabawie, tak, aby temu sklerotycznemu gnojkowi
nigdy już nie przyszło do pustego łba zapomnienie o tak ważnej dacie.
Artysta uśmiechnął się chytrze na myśl o swoim
diabolicznym planie, który zajął jego myśli tak bardzo, że nie zorientował się,
gdy blondyn skończył obcować nie tylko z jego, ale i ze swoimi paznokciami. Musiał
przyznać, że wyszły naprawdę ładnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, jak
chaotyczną personą na co dzień był Kawamoto.
-
Ciekawe, kiedy reszta postanowi się nareszcie tu pojawić... – mruknął niższy,
opadając powoli na łóżko.
-
Wszyscy są tu od przeszło piętnastu minut, hm – rzekł Deidara, chowając
lakiery – Aż tak odleciałeś?
-
Nic już nie mów – powiedział Sasori, w ułamku sekundy podrywając się z materaca
i wybiegając z pokoju, zostawiając pirotechnika samego.
Rzeczywiście, gdy tylko opuścił sypialnię
dla gości, wpadł na Itachiego. Czarnowłosy niósł akurat tacę z pieczoną alaską,
która niemal nie wylądowała widowiskowo na posadzce. Mężczyzna posłał mu
mordercze spojrzenie, jednocześnie oddychając z ulgą, że wypiek przeżył
spotkanie jego ramienia z czołem Akasuny. Prawdopodobnie nie odpuściłby mu,
gdyby cokolwiek przydarzyło się temu wspaniałemu deserowi – w końcu najpewniej
został on wykonany przez Kisame z użyciem dziesięciu ton miłości. Zniszczenie
tego dzieła należałoby do czynów z kategorii niewybaczalnych.
Przynajmniej, jeśli mowa była o podejściu do tematu Uchihy - Hoshigaki na pewno
rozgrzeszyłby sprawcę szybciej.
Artysta przeprosił go machnięciem
ręki, popędziwszy do salonu. Kątem oka zauważył jedynie pełne dezaprobaty
kręcenie głową. Postanowił je zignorować i zająć się czymś bardziej użytecznym.
Stanął przed ławą i widząc nierozłożoną jeszcze zastawę, poukładał ją starannie
według obowiązującej etykiety. Następnie wzrokiem zaczął szukać Konan. Kobieta
szukała miejsca dla swojego ślicznego origami, błądząc wzrokiem po mieszkaniu. Ostatecznie
ustawiła papierowe stateczki na stole, żurawie zdobiły szafkę pod telewizorem, a
bogate, barwne girlandy zwisały z sufitu dość nisko. Czapki natomiast odłożyła
gdzieś na bok, prawdopodobnie nie mając pomysłu, gdzie dobrze by się
komponowały. Westchnęła cicho, drapiąc się po skroni.
-
Mogę ci w czymś pomóc? – cichy głos wytrącił ją ze stanu zamyślenia.
-
Witaj, Sasori – powiedziała uprzejmie, odwracając się w jego stronę – Nie, już
nie trzeba. Dziękuję. Możesz pójść po Deidarę, bo najwyraźniej nie wie, że
zaraz zaczniemy świętować.
,,Zapomniała dodać, że z lekkim
opóźnieniem.’’ pomyślał mężczyzna, idąc z powrotem do pokoju gościnnego. Tym
razem, na własne szczęście, nie spotkał już ponurego żniwiarza z
talerzem w dłoniach i bezpiecznie przebył tę niezwykle groźną drogę, nie
narażając się nikomu. Po otworzeniu drzwi, kiwnął jedynie partnerowi, dając mu
znak, że powinien ruszyć zadek w troki i stawić się wreszcie w głównym
pomieszczeniu. Mając poczucie spełnionej misji, wrócił na miejsce i usiadł na
jednym z szarych foteli tuż obok Kakuzu. Starszy z nich najwyraźniej nie
cieszył się na dzisiejszy wieczór, bo jego twarz przybrała wyraz bardziej smętny, niż
zazwyczaj. Zresztą źródło jego irytacji znaleźć było bardzo łatwo. W
dziewięćdziesięciu procentach przypadków stanowiło je pewne siwe utrapienie.
Hidan. Wrzód na dupie wszystkich obecnych w mieszkaniu. Fanatyk wszelkich religii i,
najwyraźniej, kłótni podyktowanych różnicą światopoglądów. Znany także jako
oprawca rybek Kisame.
Gdzie się on jednak obecnie znajdował? Pytanie
to było, wbrew pozorom, dosyć ważne. Od odpowiedzi zależało bowiem to, co z tym
fantem zrobi brązowooki. Kierował się on w życiu wieloma zasadami, ale
zdecydowanie najważniejszą z nich podczas spotkań ze znajomymi była ta
głosząca, że niewidoczny Yugakure to najgorszy Yugakure.
Akasuna rozejrzał się więc dyskretnie po
pokoju, wzrokiem poszukując obiektu wszelkich złości Takigakure i z ulgą
stwierdził, że ten jedynie głupawo wpatrywał się w stojący na ławie deser. Nic,
co mogłoby go w jakikolwiek sposób obchodzić. A już na pewno nie w tym
momencie.
Upewniwszy się, że nic mu nie zagraża,
rozsiadł się wygodniej na meblu, czekając na Kawamoto. Blondyn zjawił się w
końcu po kilku minutach i zajął miejsce na siedzeniu obok lalkarza, uśmiechając
się jednocześnie.
-
Wiesz, jak to ciasto się nazywa, hm? – zapytał entuzjastycznie.
-
Nie mam pojęcia, oświeć mnie… - odparł czerwonowłosy. Domyślał się, że skoro
jego niewydarzona druga połówka znała odpowiedź, to nie znaczyło to nic
dobrego.
-
Płonąca alaska – wciął się w rozmowę księgowy, pozbawiając pirotechnika
dziecięcej radości – Dlatego Konan dała ci zakaz zbliżania się, dopóki ktoś odpowiedzialny
nie dokończy ‘’dzieła’’.
Deidara jedynie fuknął coś
niezrozumiałego pod nosem, zakładając ręce na klatkę piersiową. Prawdopodobnie
fakt, że do podpalenia tego wspaniałego wypieku zostanie wybrany ktoś, kto z
ogniem na co dzień nie ma do czynienia, niesamowicie go złościła. Przecież nie
miał pięciu lat, a powierzenie mu tego niezwykle odpowiedzialnego zadania
nie sprowadziłoby na świat zagłady! Tym bardziej, że, jak można było zobaczyć, niedojrzałość
Hidana nie przeszkodziła mu w zostaniu mistrzem ceremonii…
Dokładnie w tym momencie rozległ się
przeraźliwy wrzask fanatyka, bezskutecznie próbującego powstrzymać ogień
zajmujący obecnie bajeczne girlandy. Najwyraźniej Yugakure nie potrafił zadbać
o siebie i nie powodować żadnych katastrof nawet przez pięć minut. Oczywiście
zdarzyło się to w momencie, w którym akurat wszyscy zajęci byli własnymi
sprawami, wobec czego nikt nie był przygotowany na możliwy pożar. Panikujący
goście nie pomogli więc zbytnio swoją ekspresową grą w ‘’I spy with my little
eye’’, poszukując na szybko czegokolwiek, czym można byłoby ugasić papierowe
dzieła Amegakure. Na próżno. Sytuację uspokoił dopiero Itachi, odnajdując na
korytarzu gaśnicę i raz na zawsze pozbywając się płomieni. Oczywiście kosztem
ładnego wystroju i samego tortu – stół, dywan, Akasuna, Kawamoto, Takigakure,
Hidan, Uzumaki, zastawa, girlandy, pieczona alaska… wszystko zalane było
śnieżnobiałą pianą.
Powieka pani gospodarz zaczęła
niebezpiecznie drgać, a ona sama mocno zacisnęła pięści. Jej narzeczony, nie
zważając na oblepiającą go substancję, podbiegł do niej, starając się ją za
wszelką cenę uspokoić. Wiedział, co tak naprawdę znaczył jej gniew i co mogła
pod wpływem tej emocji zrobić. A nie trzeba im było jeszcze kolegi na OIOM-ie.
Wieczór już nie należał do tych udanych.
Połowa gości musiała skorzystać z
łazienki i opłukać się z irytującej, chłodnej cieczy, druga połowa natomiast
starała się przywrócić środek salonu do stanu używalności, co ostatecznie
okazało się dość trudnym zadaniem. Głównie przez Konan, która cały czas na głos
wyklinała religijnego maniaka tak donośnie, aby mieć całkowitą pewność, że ten błazen
ją usłyszy. Kiedy wreszcie wszyscy ogarnęli się na tyle, by móc wznowić świętowanie,
zegar wybił dwudziestą trzecią. Zmarnowali już wystarczająco dużo czasu –
przecież zgodnie z planem zabawa miała się zacząć już o dwudziestej!
-
Nie ma Sylwestra, w którego coś by się nie spieprzyło, prawda? – spytał Zetsu,
dotychczas milczący. Wolał nie ingerować w trwające już konflikty. Tym
bardziej, że przez swoją nienawidzoną robotę spóźnił się na całą uroczystość
grubo ponad godzinę.
-
Nie – odpowiedziała zgodnie reszta.
-
Być może kiedyś nam się uda – zasugerował Kisame, nalewając wszystkim szampana.
-
Miejmy nadzieję – mruknęła zrezygnowana fioletowowłosa, wpatrując się w
przemoczony, przypalony stół. Hidan, widząc jej wzrok, zaśmiał się nerwowo.
To przecież nie była do końca jego
wina! Nikt go nie powstrzymał, a to znaczyło, że nie mieli nic przeciwko, czyż
nie? W taki sposób przynajmniej działał świat według siwego. Nie zdawał sobie
sprawy, jak bardzo się mylił.
Kakuzu westchnął ciężko, marszcząc
czoło. Od początku miał złe przeczucie co do tej zabawy i, jak zwykle, się nie
mylił. Wolał się jednak z tym nie obnosić – sprowadzanie na siebie gniewu
artystki nie byłoby najmądrzejszym pomysłem, gdy jest się u niej w gościnie.
Sasori jedynie cicho pił swój alkohol,
starając się nie zwracać na siebie uwagi. Zwłaszcza uwagi Deidary. Podejrzewał
bowiem, że gdyby tylko na niego spojrzał, niebieskooki obrzuciłby go zwycięskim
wzrokiem. W końcu Yugakure udowodnił, że da się być mniej ostrożnym i
odpowiedzialnym nawet od niego, a to… cóż, był swojego rodzaju wyczyn.
Po kilkunastu niezręcznych minutach,
Hoshigaki w końcu przełamał lody i rozpoczął normalną dyskusję, starając się
nie zahaczać o drażliwe tematy.
-
Itachi, co tam u Sasuke?
-
Wszystko dobrze – odparł czarnowłosy – Prawdopodobnie dobrze bawi się ze swoim
‘’przyjacielem’’, Naruto – powiedział Uchiha znaczącym tonem,
zdradzającym wszystko na temat relacji jego młodszego brata. Nie, żeby było to
potrzebne – chociaż młodszy mógł jakoś próbować to ukrywać, to nie udawało mu
się to.
Mimo że w normalnych warunkach raczej
nikogo nie obchodziłyby perypetie rodziny Uchiha, teraz każdy przyjął to
jako najciekawszy temat z możliwych. Prawdę mówiąc, każdy miał dość kłopotliwej
ciszy i dzięki takiej błahostce mogli rzeczywiście zacząć normalnie rozmawiać.
I na takich właśnie głupawych pogaduszkach minął im czas. Tak szybko, że nawet
nie zorientowali się, kiedy wskazówka wyznaczyła wyczekiwaną godzinę.
Dwunasta.
Kawamoto momentalnie poderwał się z
kanapy, popędził do korytarza, pośpiesznie nałożył kurtkę, po czym podniósł
torby z fajerwerkami i pobiegł na dwór schodami, darując sobie czekanie na
windę. Reszta towarzystwa również zaczęła kierować się przed blok, ale znacznie
wolniej od podekscytowanego pirotechnika.
Gdy reszta ferajny dotarła przed blok,
wszystko zostało już rozstawione. Czerwonowłosy student wtrącił jedynie, że do
wykonywania domowych obowiązków mistrz tej ceremonii nigdy się tak nie palił,
co blondyn postanowił puścić mimo uszu. Czy Sasori musiał swoim marudnym
usposobieniem psuć nawet jego wielkie show? Chociaż raz w życiu mógłby
powstrzymać się od kąśliwych uwag!
Deidara kucnął przy fajerwerkach, po
czym sprawnie podpalił lonty i odbiegł na bezpieczną odległość, aby towarzyszyć
grupie. Liczył, że wszystko się uda – gdyby tylko coś poszło nie po jego myśli,
prawdopodobnie Akasuna obdarłby go ze skóry i poobtaczał w soli, domyślając
się, skąd rzeczywiście pochodziłyby trefne atrakcje.
Najbliższe dziesięć sekund było więc
najstraszniejszymi dziesięcioma sekundami życia, podczas których nie potrafił
wydusić z siebie słowa.
Wreszcie jednak lonty skończyły
płonąć, a nocne niebo rozświetliły kolorowe rozbłyski – szkarłatne, złote,
fioletowe, granatowe, pomarańczowe, szare, brązowe oraz zielone. Spektakl trwał
dość długo, a podczas niego wszyscy zamilkli, wpatrując się w barwne iskry.
Taki stan utrzymał się niemal do końca.
W pewnym momencie podniebnego
przedstawienia, autor całego przedsięwzięcia padł na kolana, wcześniej
obracając partnera twarzą do siebie, po czym sięgnął do kieszeni kurtki i
wyciągnął czarne pudełeczko. Reszta towarzystwa przekierowała swój wzrok z fajerwerków
na dwójkę mężczyzn, w milczeniu oczekując na to, co się wydarzy. Tak samo
zresztą, jak sam zainteresowany, obecnie stojący jak sparaliżowany i wpatrujący
się z wyczekiwaniem w blondyna.
-
Sasori, czy… - zaciął się na moment. Właściwie nie do końca przemyślał to, co
obecnie robił. W jego głowie plan na oświadczenie się przy wszystkich znajomych
podczas pokazu fajerwerków zdawał się być wręcz epickim. Teraz jednak nie był
pewien swojego wyboru – Czy…
-
Wyduś to wreszcie z siebie! – wykrzyknął jakiś głos, najprawdopodobniej
należący do Hidana.
-
Czyuczyniszmnienajszczęśliwszymmężczyznnaświecieizgodziszsięmniepoślubić? –
wydukał na jednym wdechu, wbijając wzrok w ziemię.
W tym momencie zgromadzeni
przekierowali swoją uwagę na brązowookiego, obecnie czerwonego niczym świeży
burak, zbitego z tropu i niezdatnego do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Efekt
podwoił się, gdy uświadomił sobie, że jego koledzy czekają na odpowiedź. Na
odpowiedź w tym konkretnym momencie.
A mu szczerze zabrakło języka w gębie.
Kochał tego walonego idiotę. Ale
dlaczego musiał wybrać ten moment z taką ilością ludzi wokół? Czy to rodzaj
szantażu emocjonalnego, próba wywarcia presji? Jeśli tak, to najwyraźniej
pirotechnik naprawdę nie był pewien reakcji swojego chłopaka.
-
Ja… - wziął głęboki wdech i drżącą ręką uchylił wieczko pudełka, po czym
uśmiechnął się delikatnie – Jasne, że tak, kretynie.
W tym momencie zgromadzeni przyjaciele
zaczęli klaskać i gratulować im przy akompaniamencie ostatnich wybuchów
fajerwerków.
-
Prawdę mówiąc, nie wiedzieliśmy nawet, że jesteście razem – powiedział Pein,
wyraźnie zdzwiony.
-
Wiem – odparł znaczącym tonem lalkarz – Dei nie potrafi dotrzymywać sekretów –
dodał, wcale nie brzmiąc na wściekłego. Wręcz przeciwnie – już od dawna nie
brzmiał tak radośnie.
-
Sasori – blondyn podszedł do nich, śmiejąc się od ucha do ucha – Jak podoba ci
się prezent trzeciorocznicowy?
-
Chwila, to miał być prezent? – zapytał ze zdziwieniem niższy, łapiąc jego dłoń
– Myślałem, że zapomniałeś… jak ostatnim razem, zresztą – dodał,
przeprowadzając całkowitą destrukcję romantycznej atmosfery – Zawsze musisz
zrobić show, prawda?
-
Zawsze – odpowiedział beztrosko Kawamoto, całując go w czoło – A tak właściwie,
skoro teraz nie możesz być na mnie zły…
-
Deidara, nie przeginaj…
-
Co sądzisz o fajerwerkach? Sam je zro-
Nie dane mu było skończyć – Akasuna
jak oparzony odbiegł od swojego już-nie-chłopaka, aby znaleźć najbliższą
gaśnicę i zalać potencjalnie niebezpieczne pozostałości pianą, zanim mogłoby
być za późno na reakcje. Co jak co, ale znał go na tyle, by przewidzieć, że
prawdopodobnie zapomniał dodać tam jakiegoś ważnego składnika, który
powstrzymał by tę dosłownie wybuchową mieszankę przed eksplozją.
Gospodarze, dowiedziawszy się o
powodach tej dzikiej ucieczki, zrobili to samo. Na ich miejscu lepiej było się
zabezpieczyć – Sylwestrowy duch kochał w końcu robić im niesamowicie złośliwe
psikusy, jeśli tak w ogóle można było nazwać te coroczne tragedie. Zresztą,
nawet mimo że nie zawsze- no dobrze, nigdy zakończenie roku nie szło zgodnie z
czyimkolwiek planem, to te nieprzewidywalne imprezy zbliżały ich do siebie. I
to było to, co dla nich się liczyło.
Komentarze
Prześlij komentarz