Emos and their labrador joyfriends || Viego x Akshan highschool au
A/N
Emos and their labrador joyfriends
Tytuł
alternatywny: Leona being the only competent person in the room for 45 minutes
straight
Alternatywny tytuł alternatywny: Leona the wonderful matchmaker saves the day
…
czyli opowiadanie, w którym wyżej wspomniani
labrador joyfriends występują tylko w nazwie, aby potencjał
nieśmiesznych memów został ostatecznie uwolniony i towarzyszył Wam podczas
czytania tego, ekhem, czegoś. Jest to jeden wielki crack-fic, więc proszę, nie
traktujcie go zbyt poważnie. Skoro już umieściłam wszystkich w jednej szkole,
to uznałam, że nieco pobawię się relacjami między różnymi postaciami. Ich
charakterami zresztą też – w większości nieco wyolbrzymiłam ich
charakterystyczne cechy. I poobrażam trochę Akshana, bo kto mi tego zabroni,
jeśli to ja to piszę?
Przypominam,
że to komedia/niepoważne opowiadanie, wobec czego nie ma tu żadnych angstów,
traumatycznych wydarzeń czy innych, niepotrzebnych, smutnych rzeczy.
Plus
jest to highschool au – wszyscy są więc w wieku licealnym (15-19).
Ostatecznie
nie jest to coffee shop au, ale coś tam (chyba vol. 1713282) jest wspomniane o
tym, że ktoś pracuje w kawiarni. Może.
Autor(ka)
tego zlepka słów kłania się nisko.
Enjoy
this piece of crap.
Sincerely,
me
P.S.
Niektóre postaci mają powymyślane nazwiska, mam nadzieję, że się nie pogubicie.
P.P.S.
Jest tu sporo nawiązań (głównie słownych punów) do różnych rzeczy i ludzi (nawet
do samego LoLa) i nie gwarantuję, że wszystkie będą zrozumiałe, bo w większości
są naprawdę z dupy.
P.P.P.S.
Przepraszam, jeśli Vex brzmi żenująco, ale kanonicznie w grze jej teksty są już
mocnym cringem, więc chcąc jakkolwiek utrzymać jej charakter, muszę poświęcić
godność Waszych oczu.
Shipping
cw: Viego x Akshan (ostatecznie mniej, niż mało), Rakan x Xayah (chyba
najwięcej, a to miał być side pairing-), Sett x Aphelios (coś tam robią I
guess), Leona x Diana (chyba są wspomniane), Yone x Lillia (coś tam robią w tle
chyba? Idk, są tu, bo okazało się, że olałam połowę shipów od Mopsik
(przepraszam)), Lucian x Senna (występuje chyba raz i nawet nie jest
zasugerowane, że są parą, ale są, okay. Uwierzcie mi na słowo-)
Koniec A/N
~*~
Pomimo pozornej zwykłości i
codzienności tego piątkowego popołudnia, coś odróżniało je od reszty piątkowych
popołudni, do bólu wręcz rutynowych i przewidywalnych, zwłaszcza w szarych
murach liceum takiego, jak to. Rzeczą, która stanowiła o ponadprzeciętnej
wyjątkowości tego piątkowego popołudnia, było pewne spotkanie. I to nie
byle jakie. Spotkanie osobowości nietuzinkowych, spowitych aurą mroku,
zazwyczaj skrywających się gdzieś na uboczu. Cichych, ponurych duchów tej
szkoły. Mowa oczywiście o Klubie Książki.
Cóż w tych osobistościach było
tak elektryzująco tajemniczego? Właściwie to… absolutnie nic. Oprócz nieco przesadzonego
dramatyzmu, zamiłowania do literatury, zwłaszcza tej z epoki romantyzmu, i
odrazy do reszty przedstawicieli swojego gatunku (oraz zawsze perfekcyjnie wykonanego
eyelinera!) szczególnie nic ich nie wyróżniało. Stanowili po prostu grupę
znajomych, dzielili wspólne zainteresowania. A, i byli emo, co nie należało do
faktów trudnych do stwierdzenia. Wystarczył jeden rzut okiem na grupę w
momencie, gdy stali gdzieś, czekając na kolejną lekcję, a z łatwością do owego
wniosku by się doszło.
Podobnie było i tego dnia, choć
miał on się w jakiś sposób różnić od reszty. Klub Książki spotykał się bowiem
jedynie w jeden piątek w miesiącu, a aby temu spotkaniu nadać pewnego klimatu,
ustalono, że musi to być piątek najbliższy pełni. Na pomysł ten wpadła Diana,
naczelna miłośniczka astrologii i wszelkiej maści przesądów. Idea prędko
została zresztą zaaprobowana przez przewodniczącą, Vex, a reszta członków
niezbyt mocno przywiązywała wagę do dat ich sesji. Wspólnie sprawdzili więc,
kiedy dokładnie wypadają pełnie i przygotowali kompletny kalendarz zebrań,
który ozdobiony został obrzydliwie uroczymi naklejkami z obrzydliwie uroczymi,
fioletowymi nietoperkami. Taki właśnie harmonogram wisiał obecnie na drzwiach
pomieszczenia przeznaczonego dla ‘’Mrocznego kręgu’’. Nieobecnym wzrokiem
wpatrywał się w niego białowłosy stary dziad lmao chłopak. Viego kompletnie ignorował zarówno
resztę obecnych tu osób, jak i ulubiony gorący napój, obecnie stygnący smutno
na ławie. Taki stan był dla niego typowy przez jakiś czas po zerwaniu z Isolde,
ale już od kilku miesięcy takich zachowań nie przejawiał – toteż przyciągnęło
to uwagę reszty zgromadzonych, wpatrujących się w niego od pięciu minut z żywym
zaintrygowaniem.
- Mógłbyś chociaż ruszyć tę herbatę? – mruknęła zirytowana
Xayah, nerwowo stukając granatowym długopisem w swój egzemplarz Koszmaru
dnia zimowego – Nie po to przygotowywałam osobny czajnik specjalnie dla
ciebie, abyś teraz tego nie wypił…
Na
dźwięk jej podniesionego głosu obiekt obserwacji jedynie się wzdrygnął, po czym
uniósł delikatnie czarną filiżankę, beznamiętnie rozpoczynając spożycie melisy.
Nie zająknął się nawet o temperaturze naparu, a to jedynie utwierdziło
znajomych, że coś zdecydowanie nie gra. Wiedzieli bowiem doskonale, iż ów
osobnik nie tyle za chłodną herbatą nie przepadał, co jej nie trawił. Widok
taki z racji tego należało zaliczyć do objawów wysoce niepokojących, gdyż
zimnej emulsji nie tknął nawet po druzgoczącym rozstaniu. Zaczynało ich to
nieco stresować. Zdawali sobie sprawę z tego, jak dramatyczny oraz emocjonalnie
niestabilny potrafił być [wstaw tu synonim później, bo aktualnie go nie
masz], a gdy już się nakręcił, to absolutnie nic nie mogło mu pomóc – nawet
stare, przetestowane sposoby. Litrowe lody miętowe, zniszczenie rzeczy w
jakichś sposób związanych z powodem takiej reakcji czy rozmowa – wszystko to
prędzej czy później zawodziło, bardziej lub mniej… widowiskowo. Ostatnia próba
spalenia ‘’wspomnień’’ skończyła się panicznym gaszeniem ogniska i wyciąganiem
z popiołów niebieskiej lalki, którą niegdyś sprezentował swojej ukochanej.
Akcja została wobec tego ogłoszona totalną porażką.
Z tego
powodu obawiali się najgorszego – związek Viego, z jakiejś przyczyny, ponownie
się rozpadł. Szybko jednak z tego pomysłu zrezygnowali. Znali go na tyle długo,
aby wiedzieć, że będąc w jakiejkolwiek relacji ciągle wspominałby o tej osobie.
Została więc druga opcja, chyba nawet jeszcze bardziej przerażająca. Beznadziejny
romantyk zakochał się, najprawdopodobniej bez wzajemności. A co to
oznaczało dla Klubu? Obowiązek zamiany w profesjonalnych swatów, ewentualnie, w
zależności od powagi sytuacji, psychologów, a bardzo możliwe, że po części
powinni objąć obie role. Do tego jednak przydałoby się jakkolwiek wybadać
teren. Konieczne minimum stanowiło w takim przypadku dowiedzenie się, na jaką
dziewoję padło tym razem. Tej niezwykle trudnej i grożącej eksplozją gniewo-rozpaczy
misji ktoś podjąć się musiał, a, wnioskując po niezręcznej ciszy i nietęgich
spojrzeniach, nikt się do tego raczej nie kwapił. Nawet zazwyczaj najgłośniejsi
uczestnicy spotkań w postaci Setta oraz Rakana, tak zwanych członków
honorowych, woleli trzymać się od tego z dala. Wyraźnie nikomu z towarzystwa, mimo
mrocznej otoczki, nie spieszyło się zbytnio do grobu.
Vex westchnęła wręcz
cierpiętniczo i wstała z purpurowej pufy, po czym złapała białowłosego za ramię
i z niespodziewaną siłą pociągnęła go za sobą, wyprowadzając z pomieszczenia. Z
boku mogło to wyglądać nieco komicznie – była bowiem o ponad głowę od niego
niższa. W tym przypadku pozory okazywały się mylne. Większość uczniów tego
liceum bała się gniewu zielonowłosej. Całkowicie zresztą słusznie.
- Więc… co to za frajerka? – mruknęła dziewczyna z typową
dla niej ignorancją, opierając się o ścianę korytarza w obrzydliwie wesołym
odcieniu żółci.
Chłopak
posłał jej mętne spojrzenie, dalej nie odzywając się ani słowem. Ta, niewzruszona,
jedynie wywróciła oczyma, ewidentnie sygnalizując swojemu rozmówcy, że nie
puści go wolno aż do momentu uzyskania odpowiedzi na jej pytanie. A potrafiła
być naprawdę uparta, o czym jej bliżsi znajomi (nie uznawała bowiem urzędu
przyjaciela) wielokrotnie się już przekonywali. A on zdecydowanie do tego grona
należał. Cóż, gdyby nie był jednym z wybrańców, pod wielkim znakiem zapytania
stałoby, czy w ogóle angażowałaby jakiekolwiek pokłady energii w jego życie
uczuciowe.
- To znowu jakaś normicka szmula? – jęknęła – Nawet jeśli
tak, to możemy ci pomóc, przegrywie. Chyba, że dalej będziesz stulił mordę.
Spojrzała
na niego wymownie, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Nigdy zbyt otwarcie nie
manifestowała swoich emocji, wobec czego teraz także przybrała chłodną,
pokerową twarz, chociaż w głębi miała już serdecznie dość czekania aż królewicz
okaże jej łaskę i nareszcie zacznie gadać. Nie uśmiechało się jej tu sterczeć
do końca spotkania – pomimo swojego flegmatycznie-ignoranckiego usposobienia,
które nie pozwalało jej się do tego publicznie przyznać, naprawdę chciała
uczestniczyć w dyskusji na temat książki. Przecież te spotkania odbywały się
tak rzadko… to znaczy, symbolika była zbyt fajna, aby to zmieniać, ale
zdecydowanie stanowiło to dużą przeszkodę w cieszeniu się inteligentnym
dialogiem o lekturze w równie inteligentnym gronie.
Yordle
przeklęła w myślach własną moralność, nie pozwalającą jej na pozostawienie swojego
bliskiego znajomego w potrzebie. Chociaż nie do końca rozumiała zawiłość
problemów sercowych natury miłosnej (o ile prościej byłoby, gdyby były one
natury medycznej!), to miała do czynienia z wystarczającą ilością
mdło-zakochanych par, aby co nieco podpowiedzieć. Reszta Klubu z resztą pewnie
także chętnie by się w to włączyła. Nikt w końcu nie marzył o powtórce z
rozrywki – nieszczęśliwie zakochany Viego to najgorszy Viego.
- Nie będę tu stać cały dzień – zakomunikowała chłodno,
lekko uderzając go w ramię, próbując nawyraźniej sprowadzić go z powrotem na
Ziemię.
- To nie ‘’jakaś normicka szmula’’ – powiedział cicho,
ignorując zupełnie kuksańca – To… tak właściwie nie jest, em…
- Nie kręć, płyń do brzegu – burknęła. Nareszcie zdołała
wyciągnąć z niego jakiekolwiek informacje.
- To nie jest dziewczyna… - rzekł, po czym momentalnie
spojrzał w bok, unikając kontaktu wzrokowego.
- Mhm, w końcu coś przyda- chwila, czekaj, co? – przerwała
swoją wypowiedź w pół zdania, gdy doszedł do niej sens słów wypowiedzianych
przed chwilą przez jej rozmówcę.
Powiedzieć,
że była w szoku, to nic nie powiedzieć. Była kompletnie zbita z tropu. Od
kiedy tylko go poznała, wydawał się wykazywać zainteresowanie jedynie płcią
‘’piękną’’. Nigdy nie wspominał nic o zabarwieniu romantycznym o jakimkolwiek facecie,
nawet, gdy z jakiegoś głupawego powodu rozmawiali na tematy około związkowe.
Nie miała rzecz jasna nic przeciwko temu – byłaby to z jej strony ogromna
hipokryzja, biorąc pod rozwagę fakt, że znaczna część członków Klubu (łącznie z
tymi honorowymi, nie do końca uznawanymi przez samą przewodniczącą) mieniła się
wręcz kolorami tęczy (co prawda nie dosłownie, zważając na ich kruczoczarne
stroje). Ona sama także, choć w jej przypadku wybijały się raczej szarości z
odcieniami zieleni i fioletu. Po prostu nie była przygotowana na taką wiadomość
akurat od niego.
Już po
chwili wzruszyła jednak ramionami, komunikując mu, że ta informacja niczego
między nimi nie zmieni – co najwyżej mogłaby zostać zmuszona do dodania go na
queerową, pół-martwą grupę na Messengerze. Nie uważała jednak chłopaka za typ
osoby, która w takim cyrku chciałaby brać udział. Być może dlatego, że nie
podejrzewała wcześniej, iż istniałby w ogóle powód, by zaproszenie go tam
rozważać. Oczywiście inni uczniowie często to sugerowali, aczkolwiek nie
uważała ich opini za zbyt istotne – bazowały w głównej mierze raczej na
stereotypach i pustych założeniach, a nie na faktach. Poczuła się więc nieco
urażona. Zawsze sądziła, że mówili sobie wszystko i nie ukrywali przed sobą
żadnych ‘’sekretów’’.
- Zajebiście… - powiedziała beznamiętnym tonem – Dlatego nie
chciałeś otworzyć pyska? Przecież większość naszych znajomych nie jest straight.
Chyba, że nagle wymazałeś z pamięci Phela, Dianę, Rakana, Leonę, Setta, m n i
e.
- Nie, nie o to chodzi – odparł obronnie – Sam nie byłem
pewien… Musiałem to przemyśleć… To nie takie proste, Vex.
- Dobra, zluzuj gumę, nie mam ci tego za złe, rozumiem.
Powiesz innym i mamy pomóc ci go poderwać, czy postanawiasz pozostać ponurą
drama queen? W sumie sprawdziłbyś się u RuPaula… Robisz cool kreski.
- Na Boga… nie przeginaj. I nie mam zamiaru tego ukrywać,
zwyczajnie potrzebowałem czasu.
Dziewczyna
delikatnie kiwnęła głową, po czym odsunęła się od ściany korytarza i otworzyła
drzwi do klubowego pokoju. Nie miała mu naprawdę nic za złe, nie czuła się już
nawet trochę obrażona. Być może zareagowała zbyt pochopnie – chyba po prostu
sama zapomniała o tym, jak trudne bywa zrozumienie siebie samego.
Viego za
to odczuwał… ulgę, zdecydowanie. Czuł, jakby ciężki kamień spadł nareszcie z
jego serca. A teraz mogło być… chyba tylko lepiej. Do jednej rzeczy był
przekonany – jego znajomi na pewno nie zareagują dziwnie. To znaczy, na pewno
nie zareagują źle, bo prawdopodobnie zareagują dziwną ekscytacją. To ich
całkowicie normalne i przewidywalne zachowanie. Pojawiało się z taką samą siłą
za każdym razem, gdy ktoś ogłaszał, że jest w związku. Lub, że jest zakochany.
Ewentualnie, że ktoś wyznał mu uczucia. Albo powiedział tak właściwie cokolwiek
o jakimkolwiek swoim sukcesie, osiągnięciu, życiowej zmianie czy innej
‘’głupocie’’. Jak na bandę flegmatycznych, wyssanych z radości i miłości do
świata emosów byli niezwykle energiczni i wspierający, gdy w grę wchodziły
takie tematy. Stanowili dla siebie coś na pozór rodziny, co dla większości z
nich było, niestety, jedyną opcją zaznania tak bliskich więzi. Mimo, że nigdy
tego nie okazywał, lubił te ich nadpobudliwe, niezwykle radosne reakcje i
zawsze się z nich cieszył, nieważne, czy dotyczyły go nie, czy też nie.
Przekroczył
więc próg śmiałym krokiem, z kamiennym wyrazem twarzy. Zastanawiał się, jak
mocno zaangażują się tym razem. Myślami wrócił do ambitnego przedsięwzięcia
spiknięcia Apheliosa z Settem, mimowolnie się uśmiechając. Nie podejrzewał
wówczas, jakim szpiegowskim talentem potrafili wykazać się w razie potrzeby.
Zwłaszcza Xayah. Nigdy nie sądził, że kiedykolwiek przejęłyby ją sprawy kogoś,
kto nie jest jej chłopakiem – ale zaskoczyła go. Podobna sytuacja miała miejsce
zresztą także, gdy dopiero schodził się z Isolde. Ich pomoc była niezastąpiona.
Teraz, najpewniej, również wyciągnęliby do niego dłoń. Oby.
Nie czuł
się już tak niepewnie, mówiąc im dokładnie to, co wcześniej powiedział Vex. Oni
także nie kryli swojego zdziwienia – nie kryli jednak też aprobaty. Wręcz
przeciwnie. Całkiem widocznie cieszyli się, że zdecydował się tym z nimi
podzielić. Po licach niektórych łatwo wywnioskował, że w ich głowach już kiełkował
jakiś plan, nawet bez znajomości imienia tajemniczego obiektu westchnień.
To była
chyba najtrudniejsza część tego wyznania. Zazwyczaj zdarzało mu się bywać
zakochanym w osobach zupełnie przeciętnych, niewyróżniających się specjalnie
ani stylem bycia, ani osobowością. Tym razem jednak… cóż.
- Czy ty się zjarałeś? – zapytała podejrzliwie Xayah,
opierając się o Rakana.
Nikt nie
powiedział, że będzie łatwo, czyż nie? Nikt też nie zagwarantował, że jego
wybranek serca spodoba się od razu wszystkim – białowłosy przypuszczał, że
wydarzy się rzecz wręcz odwrotna. I… nie mylił się.
- Phel mówi, że mogłeś wybrać lepiej – rzekła łagodnie
Allune, odczytując gesty w języku migowym.
- Myślę, że akurat on nie jest odpowiednią osobą do
wypowiadania się w tej materii – włączyła się do dyskusji Diana, dyskretnie wskazując
na Setta.
Jakby na
to nie patrzeć, miała trochę racji. Zarówno wyżej wspomniany chłopak, jak i
sympatia Viego posiadali wiele wspólnych cech i charakteru, i… wyglądu. Uwaga
Lunaris była więc całkiem celna. Chociaż ona starała się jakoś wybronić
(koszmarny) wybór współczesnego Romea. Powiedzenia ‘’serce nie sługa’’ dalej
było przecież aktualne, czyż nie?
Aphelios
widocznie oburzył się na jej słowa. Zmarszczył brwi, po czym wykonał
niezrozumiały dla reszty gest rękoma. Siostra jednak odmówiła przetłumaczenia
go, uznając komunikat za zbyt ‘’nieodpowiedni’’. Cokolwiek miało to w tym
kontekście oznaczać.
- Wiem, że bardzo oszczędnie wyrażałam się o twoim związku,
gdy byłeś z tamtą blacharą – zaczęła Yordle – Ale dlaczego, do cholery, z tych
wszystkich normickich pozerów to musi być akurat Akshan?
Camavor
nie spodziewał się, że znajomi niesamowicie ucieszą się po dowiedzeniu się, o
kim była cały czas mowa, to fakt. Ale sądził, że co najwyżej trochę pomarudzą.
Oni za to zaczęli przeganiać się w wymyślaniu powodów, dla których chłopak miał
stanowić okropny materiał na… cóż, na chłopaka. Nie, żeby Viego wcześniej już
ich nie znał.
Jasne,
był bardzo nieodpowiedzialny. Czasami irytujący. Ponadprzeciętnie głośny. Zachowywał się gorzej od najbardziej
stereotypowych protagonistów komiksów o super-bohaterach. Miał okropną manierę
mówienia o sobie w trzeciej osobie, był zadufany, brawurowy, porywczy… ale też
całkiem czarujący. Do tego pomocny. Miły. Wesoły. Niemal bezustannie
uśmiechnięty. Zawsze widział we wszystkim dobre strony. I chociaż ta cecha
zazwyczaj działałaby jako największy odpychacz, tym razem sprawiała, że
osobowość tego palanta, jakimś cudem, go pociągała. Na jego własne
nieszczęście.
Był
bowiem pewien, że nie ma absolutnie żadnych szans na to, aby ten polubił go w
sposób romantyczny. Rozmawiali ze sobą wielokrotnie i w stu procentach tych incydentów traktował
go zupełnie zwyczajnie, jak normalnego przyjaciela. Powiedzieć, że taki stan
nie był Camavorowi na rękę, to nic nie powiedzieć. Przez swoją beznadziejną,
przeżartą romantyzmem duszę nie potrafił zrobić nic. Poza pisaniem okropnie
miłosnych listów, których nie zamierzał wysyłać. I skrobaniem
poetycko-filozoficznych zlepków, które jedynie w przypadku poważnego urazu
mózgu można było nazwać wierszami. Na szczęście nigdy nie ujrzały one światła
dziennego.
Z tego
właśnie powodu bardzo mocno liczył na zaangażowanie swoich drogich przyjaciół –
a na to się nie zapowiadało. Z bliżej nieokreślonego powodu wybranek
białowłosego działał im na nerwy bardziej niż Sett czy Rakan. Najwidoczniej limit
zbyt pewnych siebie, przekonanych o swej wspaniałości durni został
przekroczony. Nie to, żeby się dziwił. Wcześniej często zastanawiał się, jakim
cudem Xayah potrafi wytrzymać z Rakanem, albo jak Aphelios znosi Setta. Teraz…
cóż, chyba to zrozumiał. I nie podobało mu się to, że mimo praktycznie
bliźniaczych sytuacji, reagują aż tak negatywnie.
- Och… naprawdę wadzi wam aż tak okropnie, że mi nie
pomożecie? – jęknął żałośnie, posyłając znajomym dołujące spojrzenie smutnego
kotka. Nie istniał wszechświat, w którym taka metoda by nie zadziałała,
prawda?...
- Nie dramatyzuj. Nikt nie mówił, że ci nie pomożemy – zaoponowała
różowowłosa, unosząc wzrok znad kartki, w połowie pochłoniętej przez plansze do
gry w kółko i krzyżyk – Nawet, jeśli Akshan jest jedynie lalusiem z ujemnym iq.
Reszta
zgodnie pokiwała głowami, przy okazji dodając jakieś komentarze na temat
irracjonalności wniosku wysnutego przed chwilą przez Viego. Jak on śmiał w ogóle pomyśleć, że zignorują
jego błaganie? Może i miał kiepski gust, ale nadal był ich przyjacielem!
Czyż nie tak właśnie zazwyczaj zachowywali się bliscy? Najpierw reagując
sceptycznie i z iście snajperską celnością wypunktowując wszelkie wady obiektu
westchnień, a później wspierając zakochaną osobę w jej związku? Ewentualnie
czasami także grożąc jej miłości poważnym uszczerbkiem na zdrowiu, jeśli tylko
jakkolwiek zrani uczucia owej osoby? No właśnie!
Postanowili
więc zakasać rękawy i wziąć się do roboty. A tej było dużo. Trzeba było, rzecz
jasna, wyśledzić profile nieszczęśnika na wszystkich social mediach, dokładnie
wybadać teren, poznać jego zainteresowania, relacje, potencjalne poprzednie
związki. Przeskanować go dokładniej od najprecyzyjniejszego promienia
Rentgenowskiego. Nie zostawić na nim kawałka, którego nie poddano dogłębnej
analizie. Dokopać się do wszystkiego – nawet do tak prozaicznych rzeczy jak
dyplom z konkursu pięknego czytania z pierwszej klasy podstawówki. Wszystko się
liczyło. Czy brzmiało to niezdrowo? Owszem. Jak zorganizowany stalking? Jak
najbardziej. Ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie bawił się w
darmowego agenta FBI na pełen etat. Przecież Akshan i tak nie był niczego
świadom! Moralnie rzeczywiście wypadali dość blado, ale skoro samej ‘’ofiary’’
nic nie zdawało się niepokoić, to w świetle prawa byli grzecznymi, słodkimi
aniołeczkami. Przynajmniej do czasu.
Tym
razem sprawa nie należała do łatwych. Samo znalezienie go było nie było
przesadnie skomplikowane – wszystkie jego konta ustawiono na publiczne, jak
zresztą w przypadku większości osób o podobnym charakterze. Nie mogli jednak
znaleźć absolutnie żadnych informacji, jakie zasługiwałyby na miano
wartościowych. Absolutnie. Żadnych.
- Czy on nie ma żadnych pasji? – zapytała z niedowierzaniem
Allune, dokładnie przeglądając jeden z jego profili.
- Jak widać - Rakan
wzruszył ramionami, nadal z długopisem w dłoni czekając na jakieś godne
zanotowania fakty – Wygląda na to, że będzie trzeba wykorzystać plan b…
Po
wypowiedzeniu tych słów w pomieszczeniu rozległy się pełne cierpienia i żalu
pomruki. Na czym polegał ten tajemniczy plan b? Na socjalizacji. No, nie do
końca w jej pełnej definicji. Trzeba było po prostu osobiście porozmawiać z
delikwentem bądź jego najbliższym środowiskiem. Z założenia brzmiało prosto –
co więc było największą przeszkodą? Potencjalni wykonawcy. Klub Książki składał
się przecież w całości z chronicznych introwertyków, zbyt zgorzkniałych lub znudzonych
ludzkością, aby swobodnie konwersować, zwłaszcza z tak odmiennymi od siebie
ludźmi. Ale skoro wszystkie bardziej konwencjonalne metody zawiodły, to
pozostało im jedynie to. Tylko… kto powinien się tego podjąć?
Wzrok
wszystkich zgromadzonych odruchowo powędrował ku członkom honorowym,
najbardziej gadatliwym, otwartym i bezproblemowym, zazwyczaj niestraszącym
ludzi samą swą aurą. Ci wpierw nie pojęli, co tak właściwie ma miejsce i
zdezorientowanym wzrokiem wpatrywali się w ubrane na czarno mewy,
starające się coś wyłudzić. Dopiero po chwili doszło do nich, w czym mają bezpośrednio
uczestniczyć. Wizja ta nie przypadła im zbytnio do gustu. Już samo pomaganie w
stalkingu wydawało się znajdować na granicy, ale prowadzenie przesłuchań, gdy
rozmówca nie będzie tego nawet świadom? Nie brzmiało to zbyt dobrze. Brzmiało
bardzo źle!
Sett
stanowczo pokręcił głową, próbując nie spoglądać w stronę swojego chłopaka.
Doskonale wiedział, jaki wyraz zobaczyłby na twarzy Apheliosa, a był bardzo
podatny na tę formę szantażu emocjonalnego. Rakan był mniej oporny. Po jakimś
czasie najwyraźniej doszło do niego, że właśnie w taki sposób
najprawdopodobniej w ogóle został partnerem różowowłosej. To, co prawda,
niezbyt go pocieszało, ale sprawiało, że całe przedsięwzięcie wydawało się
normalniejsze.
Emosiowy
gang znalazł więc swojego kozła ofiarn… to znaczy, agenta w plenerze, któremu
od razu przydzielona została pierwsza misja wywiadowcza. Postawiono przed nim
trudne zadanie – prześlizgnięcie się na terytorium wroga oraz
zinwigilowaniu go do tego stopnia, aby w błogiej nieświadomości wyjawił nieco wojskowych
tajemnic. Jaki jest jego typ? Lubi kwiaty? Jakie? Wymarzony pomysł na
randkę? Ulubiony kolor, potrawa, restauracja i imię dla kota, na którego
powinien się już mentalnie przygotowywać? Znienawidzony przedmiot, plany na
przyszłość? Był już wcześniej w związkach? Znak zodiaku? Te i jakieś
osiemdziesiąt siedem (a może osiem?) innych pytań czekało na zadanie, gdy tylko
szpieg emo wywiadu zbliży się do celu przesłuchania. Większość z nich
raczej nie brzmiała podejrzanie, niektóre jednak mogły wzbudzać obiekcje… Ale
warto było próbować.
Honey,
chociaż niechętnie, opuścił przytulny klubowy pokoik i zaczął rozglądać się po
korytarzu, w nadziei, że spotka gdzieś Akshana i w jakiś w miarę naturalny
sposób nawiążę z nim ludzką konwersację. Jakie były szanse? Logicznie rzecz
biorąc… marne. Aczkolwiek prawdopodobnie nie wpuściliby go z powrotem do klubu,
dopóki nie zdałby szczegółowego raportu ze śledztwa. Zmuszony był więc do
przecierpienia najpewniej najbardziej żenujących chwil swojego życia w patriotycznym
duchu poświęcenia za ojczyznę… chwila, co? Chyba nie tak to miało iść- zresztą, mniejsza z tym. Po prostu musiał
odbębnić to jakże uwłaczające jego godności zadanie.
Przechadzał
się więc po oczojebnie żółtym korytarzu, zastanawiając się, w jaki sposób
zagaić rozmowę, aby nie spalić tego planu już na samym początku (jakby już od
momentu wymyślenia go nie stał w płomieniach!). Całkowicie pochłonięty własnymi
przemyśleniami w ogóle nie zwracał uwagi na drogę. Kwestią czasu była wobec
tego jakaś kolizja – owa nastąpiła z chyba najgorszą możliwą osobą… a może
najlepszą? Zależało to od punktu widzenia. A ten zależał przeważnie od punktu
siedzenia. Bądź też, jak w tym przypadku, od punktu leżenia plackiem na
szkolnych, podłogowych kafelkach.
- Wszystko okay, przyjacielu? – zapytał z wyraźną troską
drugi uczestnik stłuczki.
Rakan z
niedowierzaniem uniósł głowę do góry, licząc, że pomimo niemal identycznych
głosów osoba ta nie okaże się być pilnie poszukiwanym brunetem. Pożałował tego.
Dość szybko. Oczywiście, że osoba okazała się być pilnie poszukiwanym brunetem.
Spodziewanie się czegokolwiek mniej kliszowego nie miało w tym przypadku
podstaw.
- Ta… - Wstał i otrzepał się z kurzu, po czym przez chwilę
tępo wgapiał się w Akshana.
Potem
odchrząknął i… zużył resztki pokładów swej charyzmy (oraz obdarł się z ostatków
honoru), aby obronną ręką wyjść z zaistniałej sytuacji. Dokonując heroicznego
aktu poświęcenia się, wymyślił całkiem niepodobny do prawdziwego powód i
przeprowadził z celem długą, wyczerpującą dyskusję o wszystkim i o niczym
jednocześnie. Z tej krwawej batalii uszedł jednak zwycięsko, ze wszystkimi
wymaganymi informacjami. Ucierpiała tylko i aż jego duma. A także nerwy. Oraz
szare komórki. Zastanawiał się, jak ludzie w ogóle śmieli porównywać go z
Santareem. To tak, jakby obrażali go prosto w twarz! Nie był przecież aż tak
zadufany w sobie, a przede wszystkim nie gadał o sobie w trzeciej osobie jak ten
kretyn… nie miał też kompleksu superbohatera!
Zamaszyście
otworzył drzwi do pomieszczenia, w którym ze zniecierpliwieniem siedzieli
członkowie Klubu oraz dwie nadprogramowe przybłędy, Sett oraz Leona. Rudowłosa najwyraźniej
skończyła już zajęcia z szermierki i skorzystała z okazji, że spotkanie się
przedłużyło, aby spędzić nieco czasu ze swoją dziewczyną – wyglądało na to, że
obie były obecnie pochłonięte przygotowywaniem horoskopów na kwiecień dla wszystkich
obecnych. Reszta najwidoczniej podchodziła do tego mniej entuzjastycznie i nie
oczekiwała na ten prezent z utęsknieniem. Vex zajmowała się wysyłaniem innym
zdjęć swojego kota, Yuumi. Moment, gdy przyglądała się swojemu uroczemu pupilkowi
był jedynym, jaki powodował zmianę jej wiecznego grymasu w łagodne rozczulenie.
Aphelios rozmawiał w języku migowym z siostrą i chłopakiem, któremu Allune co
jakiś czas pomagała zrozumieć bardziej skomplikowane gesty. Viego z widocznym
zniecierpliwieniem przeglądał swój egzemplarz ‘’Dobrotliwej’’, agresywnie
zaznaczając konkretne linijki. Pierwszą osobą, która poświęciła przybyszowi
jakąkolwiek uwagę była Xayah. Różowowłosa od razu uniosła wzrok w jego stronę i
przechyliła głowę, w geście oczekiwania na wieści. Widząc to, pozostali
zgromadzeni także przerwali dotychczas wykonywane zajęcia i w milczeniu czekali
na zabranie przez niego głosu.
Ten
jedynie westchnął cierpiętniczo, z wyraźnie słyszalnym znużeniem.
- Ten człowiek to porażka i nie mam pojęcia, dlaczego w
ogóle ci się podoba – powiedział, wyraźnie patrząc w kierunku białowłosego –
Ale jeśli już musi, to wiedz, że lubi kuchnię azjatycką, zwłaszcza tajską i
chińską, jego ulubiony kolor to pomarańczowy, kocha kwiaty, najbardziej maki,
jest spod znaku raka. Idealne imię dla kota to według niego – ma paskudny
gust, ugh! – Neko i nie wie nawet, jaki jest jego typ. A, myśli też, że
Allune jest w nim zakochana, nie ma za co.
Po
ostatnim zdaniu na chwilę zapadła grobowa cisza. A kilka sekund później
rozpętała się prawdziwa burza. We wszechobecnym chaosie tak naprawdę nikt nie
słyszał, o co komu konkretnie chodziło. Zmieszane ze sobą okrzyki ‘’cisza!’’
(najprawdopodobniej należące do Vastayi), oburzone wrzaski ze strony obojga
pokrzywdzonych oraz pełne zdezorientowania pytania o to, jakim cudem do tego
doszło zlewały się w jedno z tłumaczeniami Rakana. Ta bardzo owocna i
wartościowa kłótnio-dyskusja trwała mniej-więcej pięć minut. Przerwał ją Phel,
znużony słuchaniem nie prowadzących do niczego wrzasków. Czarnowłosy wspiął się
na krzesło i w niezwykle dobitny sposób przekazał, aby ‘’dyskutujący’’ wreszcie
się ogarnęli.
Po apelu
przez chwilę nawzajem mierzyli się nieco podirytowanymi spojrzeniami – szybko
jednak uświadomili sobie, że zachowanie takie kojarzy się bardziej z
przedszkolaczkami, a nie z dojrzałymi, poważnymi ludźmi. Zaniechali więc wzrokowej
szermierki i milczeniem podpisali pakt o nieagresji, czekając na jakieś wyjaśnienie
wypowiedzi czerwonowłosego. Domagali się tego zwłaszcza ci, których sprawa
dotyczyła najbardziej.
- Musiałem jakoś zacząć tę rozmowę… więc zasugerowałem, że
pewna, um, białowłosa osoba coś do niego czuje. To nie moja wina, że z góry
założył, że o nią chodzi!
- Oczywiście, że nie, kochanie. To on tu jest idiotą –
odparła obronnym tonem dziewczyna, obejmując chłopaka. Inni nie wyglądali
jednak na udobruchanych.
- Nie mogłeś wymyślić czegoś innego? – zapytał Sett,
tłumacząc gesty wykonywane przez bardzo oburzonego osobnika siedzącego na
krześle obok.
- Kazano mi go przepytać na chyba każdą istniejącą
okoliczność! Kto odpowiedziałby na takie pytania bez żadnego wyjaśnienia?
- Myślę, że ktoś tak zakochany w sobie jak on mógłby być do
tego zdolny - wtrąciła Leona, widocznie ledwo powstrzymując się od śmiechu.
Cała ta sytuacja wydawała się jej tak absurdalna, że nie potrafiła brać jej na
poważnie.
Wiedziała,
że Klub miał dziwną manierę wykonywania za zakochanego całej ‘’brudnej’’ roboty.
Mimo to, nawet w najbardziej niedorzecznych snach nie stwierdziłaby, że
dochodziło to do takiego poziomu! Przecież nie byli małymi dziećmi, które
non-stop należało w czymś wyręczać – mogli, a może raczej powinni móc sami poradzić
sobie w takich sytuacjach.
Tym
bardziej zdziwiła jej taka nieumiejętność ze strony Viego – przy zawarciu jego
poprzedniego związku nikt mu bowiem nie pomagał, a przynajmniej nie było to tak
widoczne. Czy uznali, że po ostatnim zawodzie zobowiązani są odwalenia
wszystkiego za niego? Kompletny bezsens! Jeśli chcieli dokładnie prześwietlić
jego obiekt uczuć i uchronić go przed ponownym zranieniem, dlaczego zgodzili
się na to, aby ‘’celem’’ był ktoś o takiej osobowości? Naprawdę nie
próbowali wybić mu go z głowy? Poza tym… jakim cudem Camavor w ogóle poleciał
na takiego kretyna?...
To
wszystko było zwyczajnie dziwne. I głupie. Widziała ich kilka lub kilkanaście
razy, gdy rozmawiali na korytarzu. Nie zastanawiała się wtedy nad tym –
podejrzewała, że prawdopodobnie robili wspólnie jakiś projekt. Nawet, gdy
wchodząc do ich klasy, aby przekazać ogłoszenie od samorządu uczniowskiego
zauważyła, że siedzieli razem – nie uważała, aby jakkolwiek odbiegało to od
normy. Może nauczyciel tak im nakazał? Nie przykuło to jej uwagi – chociaż gdy
myślała o tym, posiadając aktualną wiedzę, miała sobie nieco za złe, że
wcześniej się nie zorientowała.
Dlaczego
jednak aż tak ją ta sytuacja bawiła? Cóż, można powiedzieć, że znajomość z pewnymi
osobami pomogła jej stwierdzić już wcześniej, że Akshan najprawdopodobniej
także coś do niego czuł. Chyba. Tak przynajmniej wywnioskowała z wypowiedzi
Senny i Luciana, którzy, całkiem ślepi, jak widać, narzekali jej na fakt, iż
ich przyjaciel coraz częściej oddalał się, aby sam na sam
porozmawiać z białowłosym. A jeśli akurat rozmawiał z nimi, to nierzadko o nim
wspominał. Prawdę mówiąc, wspominał o nim niemal zawsze. Leona, słysząc ich
wypowiedzi, od razu wiedziała, co się święci. Nie była jednak świadoma, że ich ponury
Romeo czuje to samo. To… nieco zmieniało postać rzeczy. I dawało pole do
kreatywnego planowania.
Prędko
wpadła na pomysł idealny. I do tego prosty jak budowa cepa. Dlaczego po prostu
nie umówić ich na spotkanie? Czy to nie brzmiało mniej skomplikowanie, niż zadawanie
kilkudziesięciu pytań bez gwarancji uzyskania wartościowych informacji (i z
możliwością wywołania jeszcze większego chaosu, co właśnie miało miejsce!)? Przecież
i tak bez interakcji bezpośrednio między nimi ich relacja nie uległaby zmianie.
No, chyba, że wyznanie też planowali odwalić za niego. Biorąc pod uwagę to, co
już zrobili, nie brzmiało to wcale surrealistycznie. Może trochę zabawnie, ale
nie surrealistycznie. Niestety…
Od kiedy
tylko zaczęła uczestniczyć w tej niepoważnej komedii – czyli mniej więcej od
dwudziestu minut – pewna myśl nie dawała jej spokoju. Nie przypominała sobie,
aby ktokolwiek intensywnie przepytywał ją od stóp do głów przed tym, jak zeszła
się z Dianą. Czy to możliwe, że jej dziewczyna była jedyną samodzielną osobą?
Nie powiedziała im o swoim zauroczeniu? Zabroniła ingerować? Czy po prostu
niegdyś swój wywiad przeprowadzali subtelniej? Musiała kiedyś poznać prawdę –
ale nie dzisiaj. Dzisiaj musiała za to – jakże tematycznie, biorąc pod uwagę
nieszczęsny cel – pobawić się w bohaterkę i powstrzymać, potencjalnie
nadchodzącą, ko(s)miczną katastrofę.
Uznała,
że najlepiej będzie, jeśli zaproponuje to jak najszybciej, zanim dramatyczne
temperamenty jej znajomych skumulują się i stworzą emocjonalną bombę
termojądrową, skłócając ich co najmniej do następnego dnia. Doskonale
wiedziała, że normalnie ich nie przekrzyczy. Zainspirowała się więc Apehliosem,
chociaż uznała, że delikatne rozszerzenie jego planu nie zaszkodzi. Pożyczyła z
jednej z półek egzemplarz niezwykle nudnej, ale jednocześnie obszernej lektury,
Ubi tu?, i sprawnie wspięła się na stojący pośrodku stół, po czym… z
impetem rzuciła książką o ziemię. To wystarczyło, aby skupić na sobie uwagę
kulturalnie dyskutujących.
- Naprawdę namieszaliście! Czasami zachowujecie się,
jakbyście w życiu nie mieli kontaktu z inną rozumną istotą – rozpoczęła
karcącym tonem, krzyżując ramiona na klatce piersiowej – Dlatego proponuję,
żeby wszyscy społecznie nieprzystosowani nie próbowali pomagać bez
wcześniejszego uzgodnienia tego z kimś… kompetentym. Albo, żeby pomyśleli nieco
krytyczniej, gdy jedyni nieasocjalni obecni w tym pokoju wzbraniają się przed
zrobieniem czegoś. W każdym razie, wpadłam na pomysł, który sprawi, że wszystko
stanie się prostsze. Chcecie go wysłuchać?
Wszyscy,
nie zważając na wcześniejszą, wyraźnie godzącą w nich część wypowiedzi, zgodnie
pokiwali głowami. Jakieś wyjście z tej sytuacji przecież musieli znaleźć, a
zdawało się, że Leona stanowiła jedyną osobę, która mogła z tego wybrnąć. Tak
przynajmniej wywnioskowali z tego, co powiedziała.
- Umówmy ich na spotkanie. Gwarantuję, że poskutkuje.
- Nie brzmi jak coś, co miałoby zadziałać – Vex przewróciła
oczyma. – Ale może to ja po prostu nie znam się na normickich przegrywach?
- Raczej nie tylko normickie przegrywy nie przepadają za
byciem przesłuchiwanymi na każdą okoliczność – ucięła dyskusję rudowłosa,
uśmiechając się delikatnie – Więc, co o tym sądzicie?...
- Ugh… jeśli to ma naprawić cały ten syf, to dobrze, zgadzam
się – powiedział Viego, poprawiając jedną ze swoich kitek.
Większość
zgromadzonych spojrzała na niego z nieukrywanym zdziwieniem. Nie odezwali się
jednak ani słowem. Uznali, że skoro bez większych oporów przystał na tę
propozycję, to był już poważnie zdesperowany – jakiekolwiek wykłócanie się nie
miało więc najmniejszego sensu. Pod wielkim znakiem zapytania pozostawała
jednak organizacja owej schadzki. Gdzie miała się odbyć? Kiedy miała się odbyć?
Jak chcieli poinformować o tym drugą, nieświadomą niczego stronę? Pozostawało
tak wiele pytań, a dano tak niewiele odpowiedzi! Stan taki nie utrzymywał się
długo. Białowłosy już po chwili zaznaczył, że koniecznie musi odbyć się w
przyszkolnym parczku, najlepiej pod drzewem wiśni. Słysząc to, większość
zaczęła w myślach wyklinać jego przeklęty romantyzm – mimo to, nadal milczeli,
kombinując w jaki sposób zaprosić Akshana. Tutaj ponownie na ratunek przyszła
im Leona, proponując napisanie kartki, którą ktoś niepostrzeżenie umieściłby w
szafce Santareego. Sugerowała, aby zrobił to główny zainteresowany – aczkolwiek
wiedziała, że marne były na to szanse. No, ale zawsze warto było spróbować się
przebić, czyż nie?
Gdy
wszystko zostało już dokładnie dogadane, należało przystąpić do wprowadzania
tego planu w życie. Jako, że nie znajdował się on w gronie tych skomplikowanych,
szansę na to, że w czasie realizacji coś pójdzie niepomyślnie, były raczej
niewielkie. Ale dalej istniały, z czego Solaris doskonale zdawała sobie sprawę.
Uznała więc za stosowne pilnowanie ich od początku do końca – jeśli po drodze
nic nie zostałoby spieprzone, pomysł ten na bank zakończyłby się powodzeniem.
Wobec tego nie mogła na to pozwolić.
Przyglądała
się uważnie napisanemu zaproszeniu, wyszukując w nim czegokolwiek, co mogłoby
zostać zrozumiane opacznie lub negatywnie. Nie odnalazła nic godnego uwagi, co
potraktowała jako dobry omen.
Kontrolowanie
ich za pomocą łażenia za nimi krok w krok niezbyt się jej jednak uśmiechało – w
końcu też chciała mieć trochę czasu dla siebie, bez niańczenia własnych
rówieśników. Miała też coś ważnego do załatwienia. Gdy weszli w drugą fazę
polegającą na dostarczeniu karteczki, posłużyła się więc swoimi dobrymi
znajomymi – Yone i Lillią. Para, słysząc, dlaczego ma stać akurat w tym
konkretnym miejscu w tym konkretnym korytarzu, przystała na to bez większych
oporów. I tak mieli u niej dług wdzięczności – tylko dzięki niej i Evelynn byli
w ogóle razem. Z własnej woli przyglądali się więc poczynaniom członków klubu,
którzy w jak najmniej podejrzany sposób przechodzili fioletowym holem, bez
żadnego powodu dosłownie na moment zbliżając się do znajomej szafki. Ten
ułamek sekundy najwyraźniej wystarczył, aby misja została wykonana.
Pozostało
im jedynie czekanie w pobliżu umówionej lokacji. Od przełomowego spotkania
dzieliło ich ledwie kilkadziesiąt minut. Kilkadziesiąt minut pilnowania, aby
białowłosy przypadkiem nie próbował uciec. Pomimo tego, że sam na ów
pomysł wyraził zgodę, zaczął uświadamiać sobie, że to naprawdę miało dojść do
skutku. Zaczął więc robić jedyną rzecz, jaką podsunął mu wtedy jego głupiutki
umysł. A mianowicie – panikować.
- Nie, nie, nie, nie! To idiotyczna idea! Nie ma
najmniejszych szans na powodzenie tak irracjonalnego przedsięwzięcia! To zwyczajnie
niemożliwa do osiągnięcia…
- Woah… Normalnie nazwałabym cię boomerem, ale nawet oni tak
nie gadają – przerwała mu Vex, starając się jakoś rozluźnić atmosferę.
Delikatnie położyła mu rekę na ramieniu, chcąc nieco go uspokoić – Serio. Wiem,
że gdy się stresujesz, to zaczynasz tak mówić, ale autentycznie mnie przerażasz.
W beznadziejnym tego słowa znaczeniu.
Ten jedynie jeszcze bardziej się
spiął, rozglądając się po okolicy. Reszta doskonale zdawała sobie sprawę z
tego, że jeśli teraz by go nie powtrzymali, to jutro wysłuchiwaliby wyrzutów na
ten temat. Postanowili więc być uparci i w razie potrzeby siłą zawlec go w
umówione miejsce. Nawet, gdyby musieli go ogłuszyć i związać, przekupić lub
zaszantażować – dobrze znali go i jego reakcje, byli zatem przekonani, że w
głębi swojej obrzydliwej, romantycznej, zakochanej duszy chciałby zebrać się na
odwagę. Potrzebował jednak pomocy katalizatora. Ich, rzecz jasna.
- Rany… może powinniśmy napisać mu tekst na kartce, bo
jeszcze wyzna mu uczucia w takim stylu… - zasugerowała Xayah jak najciszej, tak,
aby omawiany osobnik niczego nie usłyszał.
W odpowiedzi
otrzymała tylko karcące spojrzenia, na co sama jedynie fuknęła i wróciła do
wykonywania zadania z geografii. Próbowała jakoś zabić czas, który, jak na
złość, niesamowicie się dłużył. Niby musieli czekać jeszcze dwadzieścia minut –
w praktyce wydawało im się, że trwa to całą wieczność. Jeśli nie dwie. Oliwy do
ognia dolewał dodatkowo chłopak, nieustannie panikując i wypluwając z siebie
zdania złożone w większości z bardzo wyszukanych archaizmów, niezrozumiałych dla…
no, nikogo, tak właściwie, a to jeszcze bardziej ich denerwowało. Mimo to w nie
zaczęli ponownie go strofować, przypuszczając, że to mogłoby jedynie pogorszyć
sytuację.
Nareszcie
jednak nadszedł czas. Godzina sądu wybiła. A Viego… wyglądał jak kłębek nerwów.
Trzęsły mu się ręce i, wnioskując po błogiej ciszy, niezmąconej żadnymi
wypowiedziami rodem z dramatów Shakespeare’a, nie potrafił wydusić z siebie ani
słowa.
- Tak chyba nie działają motyle w brzuchu… - zmartwiła się
Allune.
- Nie. On ma bardziej motyle w gardle – stwierdziła Diana,
ciągnąc panikarza za sobą. To była jego chwila.
Zostawiła
go pod drzewem, po czym wraz z klubem odmaszerowała za tujowy żywopłot –
zapewniał on, że pozostaną niezauważeni, ale jednocześnie będą mogli wszystko
słyszeć – i w razie konieczności zaingerować! Pozostało więc czekać na
zaproszonego. Znali jego temperament, wobec czego nie spodziewali się raczej,
aby pojawił się tu w przeciągu najbliższych dziesięciu minut. W takim samym
przeświadczeniu żył Camavor.
Jego
przybycie zaskoczyło więc wszystkich po równo. No, może głównego zainteresowanego
nieco bardziej. Mocno bardziej. Tak bardzo bardziej, że zabrakło mu na moment
tchu. Do tego zupełnie zbladł. I mało co nie zemdlał – uratował go przed tym
chyba jedynie pomnik przyrody, o który się oparł.
Serce
waliło mu jak szalone, gdy widział, jak ten zmierza wesołym krokiem w kierunku
miejsca spotkania. Starał się jakoś na szybko pozbierać myśli, aby nie wyjść na
kompletnego kretyna. W głowie zapaliła mu się jednak czerwona lampka. Jeśli
zmierzał tu tak radośnie, a Rakan mówił, że jest pewien, że to siostra Apheliosa
coś do niego czuje…
,,To absolutnie najtragiczniejszy pomysł w dziejach całego
gatunku ludzkiego!’’ pomyślał, przełykając ślinę. Zacisnął oczy. Miał jeszcze
opcję ucieczki. Wystarczyło tylko-
- Och, Viego? Co tu robisz?
Już nie. Cholera jasna.
- J-ja? Co tu… robię? – Plan nie wyjścia na skończonego
idiotę najwyraźniej się nie powiódł – Um. Stoję – Pokiwał głową, szczerząc się
niezręcznie.
Akshan przekrzywił
nieco głowę, jakby nad czymś się zastanawiał. Po chwili na jego twarzy pojawił
się wyraz zrozumienia, który płynnie przeszedł w zdziwienie. Kilka sekund
później, brunet uśmiechnął się łagodnie.
- Czyli nie ma to nic wspólnego z listem, który
dostałem, jak mniemam? – zapytał szelmowskim tonem, eksponując trzymaną w lewej
dłoni karteczkę.
A więc…
wiedział. I chyba, najpewniej, nie wściekał się. Nawet… był zadowolony? Chociaż
może to było zbyt odważne stwierdzenie. Ale przynamniej nie wyglądał na
rozczarowanego, nie okazywał też dyskomfortu.
Mimo to,
białowłosy nie ośmielił się wypowiedzieć ani słowa. Dalej stał pod drzewem,
niezdolny do wykonania żadnego ruchu, za to czerwony niczym dojrzały pomidor. Wziął
kilka głębokich wdechów, chcąc zebrać się na odwagę, ale… nie był do tego
zdolny.
Santaree
pokręcił głową z rozbawieniem. Nie było to jednak prześmiewcze rozbawienie – to
było… szczere. I… miłe? Zdecydowanie podbudowujące na duchu.
- Hej – zaczął, wyciągając rękę w jego stronę – Nie musisz
się niczego wstydzić. – Złapał jego dłoń, delikatnie gładząc jej wierzch.
- Co… co masz przez to na myśli? – zapytał cicho, starając
nie patrzeć chłopakowi w oczy.
- Dokładnie to, co mówię. Ja ciebie też – rzekł spokojnie, powoli
przytulając swojego ‘’rozmówcę’’.
A ten…
dalej nie wiedział, jak miał zareagować. W głowie kłębiło mu się tysiące myśli
na raz. Nie potrafił ich uporządkować. Nie potrafił się skoncentrować. Nie do
końca wiedział, co dokładnie się działo. Czy to sen, czy to jawa? I chwila, on
powiedział ‘’ja ciebie też’’?... A może to tylko dźwiękowy miraż, psikus
spłatany mu przez słuch. Chociaż to objęcie… niemożliwe, aby na raz dwa zmysły
uznały za stosowne zakpienie z niego, czyż nie?
- T-to znaczy… kochasz mnie? – wyjąkał z niedowierzaniem, patrząc
na niego zaszklonymi oczyma.
Tyle emocji…
nie umiał ich kontrolować. Chciałby, ale… po prostu nie umiał. Łzy same
pociekły mu po zupełnie czerwonych policzkach, niszcząc perfekcyjnie wykonany
makijaż. W tym momencie niezbyt go to zajmowało. Chcąc doprowadzić się do w
miarę normalnego stanu, przetarł oczy, kompletnie wszystko rozmazując. Potem uśmiechnął
się delikatnie i wtulił w bruneta, uważając, aby nie pobrudzić jego białej
koszulki. Akshana z kolei zdawało to w ogóle nie interesować – objął go
ciaśniej, wliczając w cenę czarne plamy.
- Tak. O to chodziło – odpowiedział, gładząc go po włosach.
Stali
więc tak pod drzewem, wtuleni w siebie nawzajem, zupełnie ignorując otaczający
ich świat. Po drugiej stronie iglastego żywopłotu obserwować można było za to wiele
stopni podekscytowania. Każdy był jednak zdecydowanie zbyt przejęty, aby
zwrócić uwagę na Leonę…
… Która stanęła
na ławce, po czym porozumiewawczo mrugnęła w stronę Akshana. Chłopak
odwzajemnił ten niepozorny gest.
W taki sposób
rudowłosa stała się cichą bohaterką. Nikogo, jakimś cudem, nie zastanawiał fakt
tak swobodnego kroku i pogodnego nastawienia u Akshana, według ich informacji
przekonanego, że zmierza na spotkanie z niewłaściwą osobą. Nie zadawali więc
żadnych pytań – i dobrze, bo dziewczyna i tak nie udzieliłaby na nie
odpowiedzi. Na pewno nie byliby bowiem zadowoleni, że w momencie jej
tajemniczego zniknięcia pomiędzy dwoma fazami planu osobiście uprzedziła Santareego,
co się święci. Podejrzewała, jak potencjalnie zareagowałbym Viego – i się nie
myliła. Wolała więc, aby jego obiekt uczuć mentalnie się na to
przygotował. I spisał się niespodziewanie dobrze - nie posądzała go wcześniej o tak świetne umiejętności aktorskie. Jego zdziwienie zdawało zupełnie prawdziwe!
Patrzyła
teraz na nich z rozczuleniem wymalowanym na twarzy, po czym zeskoczyła z ławki
i wraz z resztą Klubu po cichu się ewakuowała, znikając w tujowym labiryncie.
Komentarze
Prześlij komentarz