Emos and their labrador joyfriends || Viego x Akshan highschool au

A/N

Emos and their labrador joyfriends
Tytuł alternatywny: Leona being the only competent person in the room for 45 minutes straight 
Alternatywny tytuł alternatywny: Leona the wonderful matchmaker saves the day

… czyli opowiadanie, w którym wyżej wspomniani  labrador joyfriends występują tylko w nazwie, aby potencjał nieśmiesznych memów został ostatecznie uwolniony i towarzyszył Wam podczas czytania tego, ekhem, czegoś. Jest to jeden wielki crack-fic, więc proszę, nie traktujcie go zbyt poważnie. Skoro już umieściłam wszystkich w jednej szkole, to uznałam, że nieco pobawię się relacjami między różnymi postaciami. Ich charakterami zresztą też – w większości nieco wyolbrzymiłam ich charakterystyczne cechy. I poobrażam trochę Akshana, bo kto mi tego zabroni, jeśli to ja to piszę?

Przypominam, że to komedia/niepoważne opowiadanie, wobec czego nie ma tu żadnych angstów, traumatycznych wydarzeń czy innych, niepotrzebnych, smutnych rzeczy.

Plus jest to highschool au – wszyscy są więc w wieku licealnym (15-19).

Ostatecznie nie jest to coffee shop au, ale coś tam (chyba vol. 1713282) jest wspomniane o tym, że ktoś pracuje w kawiarni. Może.

Autor(ka) tego zlepka słów kłania się nisko.

Enjoy this piece of crap.

Sincerely,

me

P.S. Niektóre postaci mają powymyślane nazwiska, mam nadzieję, że się nie pogubicie.

P.P.S. Jest tu sporo nawiązań (głównie słownych punów) do różnych rzeczy i ludzi (nawet do samego LoLa) i nie gwarantuję, że wszystkie będą zrozumiałe, bo w większości są naprawdę z dupy.

P.P.P.S. Przepraszam, jeśli Vex brzmi żenująco, ale kanonicznie w grze jej teksty są już mocnym cringem, więc chcąc jakkolwiek utrzymać jej charakter, muszę poświęcić godność Waszych oczu.

Shipping cw: Viego x Akshan (ostatecznie mniej, niż mało), Rakan x Xayah (chyba najwięcej, a to miał być side pairing-), Sett x Aphelios (coś tam robią I guess), Leona x Diana (chyba są wspomniane), Yone x Lillia (coś tam robią w tle chyba? Idk, są tu, bo okazało się, że olałam połowę shipów od Mopsik (przepraszam)), Lucian x Senna (występuje chyba raz i nawet nie jest zasugerowane, że są parą, ale są, okay. Uwierzcie mi na słowo-)

 

Koniec A/N 

~*~

Pomimo pozornej zwykłości i codzienności tego piątkowego popołudnia, coś odróżniało je od reszty piątkowych popołudni, do bólu wręcz rutynowych i przewidywalnych, zwłaszcza w szarych murach liceum takiego, jak to. Rzeczą, która stanowiła o ponadprzeciętnej wyjątkowości tego piątkowego popołudnia, było pewne spotkanie. I to nie byle jakie. Spotkanie osobowości nietuzinkowych, spowitych aurą mroku, zazwyczaj skrywających się gdzieś na uboczu. Cichych, ponurych duchów tej szkoły. Mowa oczywiście o Klubie Książki.

Cóż w tych osobistościach było tak elektryzująco tajemniczego? Właściwie to… absolutnie nic. Oprócz nieco przesadzonego dramatyzmu, zamiłowania do literatury, zwłaszcza tej z epoki romantyzmu, i odrazy do reszty przedstawicieli swojego gatunku (oraz zawsze perfekcyjnie wykonanego eyelinera!) szczególnie nic ich nie wyróżniało. Stanowili po prostu grupę znajomych, dzielili wspólne zainteresowania. A, i byli emo, co nie należało do faktów trudnych do stwierdzenia. Wystarczył jeden rzut okiem na grupę w momencie, gdy stali gdzieś, czekając na kolejną lekcję, a z łatwością do owego wniosku by się doszło.

Podobnie było i tego dnia, choć miał on się w jakiś sposób różnić od reszty. Klub Książki spotykał się bowiem jedynie w jeden piątek w miesiącu, a aby temu spotkaniu nadać pewnego klimatu, ustalono, że musi to być piątek najbliższy pełni. Na pomysł ten wpadła Diana, naczelna miłośniczka astrologii i wszelkiej maści przesądów. Idea prędko została zresztą zaaprobowana przez przewodniczącą, Vex, a reszta członków niezbyt mocno przywiązywała wagę do dat ich sesji. Wspólnie sprawdzili więc, kiedy dokładnie wypadają pełnie i przygotowali kompletny kalendarz zebrań, który ozdobiony został obrzydliwie uroczymi naklejkami z obrzydliwie uroczymi, fioletowymi nietoperkami. Taki właśnie harmonogram wisiał obecnie na drzwiach pomieszczenia przeznaczonego dla ‘’Mrocznego kręgu’’. Nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w niego białowłosy stary dziad lmao chłopak. Viego kompletnie ignorował zarówno resztę obecnych tu osób, jak i ulubiony gorący napój, obecnie stygnący smutno na ławie. Taki stan był dla niego typowy przez jakiś czas po zerwaniu z Isolde, ale już od kilku miesięcy takich zachowań nie przejawiał – toteż przyciągnęło to uwagę reszty zgromadzonych, wpatrujących się w niego od pięciu minut z żywym zaintrygowaniem.

- Mógłbyś chociaż ruszyć tę herbatę? – mruknęła zirytowana Xayah, nerwowo stukając granatowym długopisem w swój egzemplarz Koszmaru dnia zimowego – Nie po to przygotowywałam osobny czajnik specjalnie dla ciebie, abyś teraz tego nie wypił…

               Na dźwięk jej podniesionego głosu obiekt obserwacji jedynie się wzdrygnął, po czym uniósł delikatnie czarną filiżankę, beznamiętnie rozpoczynając spożycie melisy. Nie zająknął się nawet o temperaturze naparu, a to jedynie utwierdziło znajomych, że coś zdecydowanie nie gra. Wiedzieli bowiem doskonale, iż ów osobnik nie tyle za chłodną herbatą nie przepadał, co jej nie trawił. Widok taki z racji tego należało zaliczyć do objawów wysoce niepokojących, gdyż zimnej emulsji nie tknął nawet po druzgoczącym rozstaniu. Zaczynało ich to nieco stresować. Zdawali sobie sprawę z tego, jak dramatyczny oraz emocjonalnie niestabilny potrafił być [wstaw tu synonim później, bo aktualnie go nie masz], a gdy już się nakręcił, to absolutnie nic nie mogło mu pomóc – nawet stare, przetestowane sposoby. Litrowe lody miętowe, zniszczenie rzeczy w jakichś sposób związanych z powodem takiej reakcji czy rozmowa – wszystko to prędzej czy później zawodziło, bardziej lub mniej… widowiskowo. Ostatnia próba spalenia ‘’wspomnień’’ skończyła się panicznym gaszeniem ogniska i wyciąganiem z popiołów niebieskiej lalki, którą niegdyś sprezentował swojej ukochanej. Akcja została wobec tego ogłoszona totalną porażką.

               Z tego powodu obawiali się najgorszego – związek Viego, z jakiejś przyczyny, ponownie się rozpadł. Szybko jednak z tego pomysłu zrezygnowali. Znali go na tyle długo, aby wiedzieć, że będąc w jakiejkolwiek relacji ciągle wspominałby o tej osobie. Została więc druga opcja, chyba nawet jeszcze bardziej przerażająca. Beznadziejny romantyk zakochał się, najprawdopodobniej bez wzajemności. A co to oznaczało dla Klubu? Obowiązek zamiany w profesjonalnych swatów, ewentualnie, w zależności od powagi sytuacji, psychologów, a bardzo możliwe, że po części powinni objąć obie role. Do tego jednak przydałoby się jakkolwiek wybadać teren. Konieczne minimum stanowiło w takim przypadku dowiedzenie się, na jaką dziewoję padło tym razem. Tej niezwykle trudnej i grożącej eksplozją gniewo-rozpaczy misji ktoś podjąć się musiał, a, wnioskując po niezręcznej ciszy i nietęgich spojrzeniach, nikt się do tego raczej nie kwapił. Nawet zazwyczaj najgłośniejsi uczestnicy spotkań w postaci Setta oraz Rakana, tak zwanych członków honorowych, woleli trzymać się od tego z dala. Wyraźnie nikomu z towarzystwa, mimo mrocznej otoczki, nie spieszyło się zbytnio do grobu.

Vex westchnęła wręcz cierpiętniczo i wstała z purpurowej pufy, po czym złapała białowłosego za ramię i z niespodziewaną siłą pociągnęła go za sobą, wyprowadzając z pomieszczenia. Z boku mogło to wyglądać nieco komicznie – była bowiem o ponad głowę od niego niższa. W tym przypadku pozory okazywały się mylne. Większość uczniów tego liceum bała się gniewu zielonowłosej. Całkowicie zresztą słusznie.

- Więc… co to za frajerka? – mruknęła dziewczyna z typową dla niej ignorancją, opierając się o ścianę korytarza w obrzydliwie wesołym odcieniu żółci.

               Chłopak posłał jej mętne spojrzenie, dalej nie odzywając się ani słowem. Ta, niewzruszona, jedynie wywróciła oczyma, ewidentnie sygnalizując swojemu rozmówcy, że nie puści go wolno aż do momentu uzyskania odpowiedzi na jej pytanie. A potrafiła być naprawdę uparta, o czym jej bliżsi znajomi (nie uznawała bowiem urzędu przyjaciela) wielokrotnie się już przekonywali. A on zdecydowanie do tego grona należał. Cóż, gdyby nie był jednym z wybrańców, pod wielkim znakiem zapytania stałoby, czy w ogóle angażowałaby jakiekolwiek pokłady energii w jego życie uczuciowe.

- To znowu jakaś normicka szmula? – jęknęła – Nawet jeśli tak, to możemy ci pomóc, przegrywie. Chyba, że dalej będziesz stulił mordę.

               Spojrzała na niego wymownie, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Nigdy zbyt otwarcie nie manifestowała swoich emocji, wobec czego teraz także przybrała chłodną, pokerową twarz, chociaż w głębi miała już serdecznie dość czekania aż królewicz okaże jej łaskę i nareszcie zacznie gadać. Nie uśmiechało się jej tu sterczeć do końca spotkania – pomimo swojego flegmatycznie-ignoranckiego usposobienia, które nie pozwalało jej się do tego publicznie przyznać, naprawdę chciała uczestniczyć w dyskusji na temat książki. Przecież te spotkania odbywały się tak rzadko… to znaczy, symbolika była zbyt fajna, aby to zmieniać, ale zdecydowanie stanowiło to dużą przeszkodę w cieszeniu się inteligentnym dialogiem o lekturze w równie inteligentnym gronie.

               Yordle przeklęła w myślach własną moralność, nie pozwalającą jej na pozostawienie swojego bliskiego znajomego w potrzebie. Chociaż nie do końca rozumiała zawiłość problemów sercowych natury miłosnej (o ile prościej byłoby, gdyby były one natury medycznej!), to miała do czynienia z wystarczającą ilością mdło-zakochanych par, aby co nieco podpowiedzieć. Reszta Klubu z resztą pewnie także chętnie by się w to włączyła. Nikt w końcu nie marzył o powtórce z rozrywki – nieszczęśliwie zakochany Viego to najgorszy Viego.

- Nie będę tu stać cały dzień – zakomunikowała chłodno, lekko uderzając go w ramię, próbując nawyraźniej sprowadzić go z powrotem na Ziemię.

- To nie ‘’jakaś normicka szmula’’ – powiedział cicho, ignorując zupełnie kuksańca – To… tak właściwie nie jest, em…

- Nie kręć, płyń do brzegu – burknęła. Nareszcie zdołała wyciągnąć z niego jakiekolwiek informacje.

- To nie jest dziewczyna… - rzekł, po czym momentalnie spojrzał w bok, unikając kontaktu wzrokowego.

- Mhm, w końcu coś przyda- chwila, czekaj, co? – przerwała swoją wypowiedź w pół zdania, gdy doszedł do niej sens słów wypowiedzianych przed chwilą przez jej rozmówcę.

               Powiedzieć, że była w szoku, to nic nie powiedzieć. Była kompletnie zbita z tropu. Od kiedy tylko go poznała, wydawał się wykazywać zainteresowanie jedynie płcią ‘’piękną’’. Nigdy nie wspominał nic o zabarwieniu romantycznym o jakimkolwiek facecie, nawet, gdy z jakiegoś głupawego powodu rozmawiali na tematy około związkowe. Nie miała rzecz jasna nic przeciwko temu – byłaby to z jej strony ogromna hipokryzja, biorąc pod rozwagę fakt, że znaczna część członków Klubu (łącznie z tymi honorowymi, nie do końca uznawanymi przez samą przewodniczącą) mieniła się wręcz kolorami tęczy (co prawda nie dosłownie, zważając na ich kruczoczarne stroje). Ona sama także, choć w jej przypadku wybijały się raczej szarości z odcieniami zieleni i fioletu. Po prostu nie była przygotowana na taką wiadomość akurat od niego.

               Już po chwili wzruszyła jednak ramionami, komunikując mu, że ta informacja niczego między nimi nie zmieni – co najwyżej mogłaby zostać zmuszona do dodania go na queerową, pół-martwą grupę na Messengerze. Nie uważała jednak chłopaka za typ osoby, która w takim cyrku chciałaby brać udział. Być może dlatego, że nie podejrzewała wcześniej, iż istniałby w ogóle powód, by zaproszenie go tam rozważać. Oczywiście inni uczniowie często to sugerowali, aczkolwiek nie uważała ich opini za zbyt istotne – bazowały w głównej mierze raczej na stereotypach i pustych założeniach, a nie na faktach. Poczuła się więc nieco urażona. Zawsze sądziła, że mówili sobie wszystko i nie ukrywali przed sobą żadnych ‘’sekretów’’.

- Zajebiście… - powiedziała beznamiętnym tonem – Dlatego nie chciałeś otworzyć pyska? Przecież większość naszych znajomych nie jest straight. Chyba, że nagle wymazałeś z pamięci Phela, Dianę, Rakana, Leonę, Setta, m n i e.

- Nie, nie o to chodzi – odparł obronnie – Sam nie byłem pewien… Musiałem to przemyśleć… To nie takie proste, Vex.

- Dobra, zluzuj gumę, nie mam ci tego za złe, rozumiem. Powiesz innym i mamy pomóc ci go poderwać, czy postanawiasz pozostać ponurą drama queen? W sumie sprawdziłbyś się u RuPaula… Robisz cool kreski.

- Na Boga… nie przeginaj. I nie mam zamiaru tego ukrywać, zwyczajnie potrzebowałem czasu.

               Dziewczyna delikatnie kiwnęła głową, po czym odsunęła się od ściany korytarza i otworzyła drzwi do klubowego pokoju. Nie miała mu naprawdę nic za złe, nie czuła się już nawet trochę obrażona. Być może zareagowała zbyt pochopnie – chyba po prostu sama zapomniała o tym, jak trudne bywa zrozumienie siebie samego.

               Viego za to odczuwał… ulgę, zdecydowanie. Czuł, jakby ciężki kamień spadł nareszcie z jego serca. A teraz mogło być… chyba tylko lepiej. Do jednej rzeczy był przekonany – jego znajomi na pewno nie zareagują dziwnie. To znaczy, na pewno nie zareagują źle, bo prawdopodobnie zareagują dziwną ekscytacją. To ich całkowicie normalne i przewidywalne zachowanie. Pojawiało się z taką samą siłą za każdym razem, gdy ktoś ogłaszał, że jest w związku. Lub, że jest zakochany. Ewentualnie, że ktoś wyznał mu uczucia. Albo powiedział tak właściwie cokolwiek o jakimkolwiek swoim sukcesie, osiągnięciu, życiowej zmianie czy innej ‘’głupocie’’. Jak na bandę flegmatycznych, wyssanych z radości i miłości do świata emosów byli niezwykle energiczni i wspierający, gdy w grę wchodziły takie tematy. Stanowili dla siebie coś na pozór rodziny, co dla większości z nich było, niestety, jedyną opcją zaznania tak bliskich więzi. Mimo, że nigdy tego nie okazywał, lubił te ich nadpobudliwe, niezwykle radosne reakcje i zawsze się z nich cieszył, nieważne, czy dotyczyły go nie, czy też nie.

               Przekroczył więc próg śmiałym krokiem, z kamiennym wyrazem twarzy. Zastanawiał się, jak mocno zaangażują się tym razem. Myślami wrócił do ambitnego przedsięwzięcia spiknięcia Apheliosa z Settem, mimowolnie się uśmiechając. Nie podejrzewał wówczas, jakim szpiegowskim talentem potrafili wykazać się w razie potrzeby. Zwłaszcza Xayah. Nigdy nie sądził, że kiedykolwiek przejęłyby ją sprawy kogoś, kto nie jest jej chłopakiem – ale zaskoczyła go. Podobna sytuacja miała miejsce zresztą także, gdy dopiero schodził się z Isolde. Ich pomoc była niezastąpiona. Teraz, najpewniej, również wyciągnęliby do niego dłoń. Oby.

               Nie czuł się już tak niepewnie, mówiąc im dokładnie to, co wcześniej powiedział Vex. Oni także nie kryli swojego zdziwienia – nie kryli jednak też aprobaty. Wręcz przeciwnie. Całkiem widocznie cieszyli się, że zdecydował się tym z nimi podzielić. Po licach niektórych łatwo wywnioskował, że w ich głowach już kiełkował jakiś plan, nawet bez znajomości imienia tajemniczego obiektu westchnień.

               To była chyba najtrudniejsza część tego wyznania. Zazwyczaj zdarzało mu się bywać zakochanym w osobach zupełnie przeciętnych, niewyróżniających się specjalnie ani stylem bycia, ani osobowością. Tym razem jednak… cóż.

- Czy ty się zjarałeś? – zapytała podejrzliwie Xayah, opierając się o Rakana.

               Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, czyż nie? Nikt też nie zagwarantował, że jego wybranek serca spodoba się od razu wszystkim – białowłosy przypuszczał, że wydarzy się rzecz wręcz odwrotna. I… nie mylił się.

- Phel mówi, że mogłeś wybrać lepiej – rzekła łagodnie Allune, odczytując gesty w języku migowym.

- Myślę, że akurat on nie jest odpowiednią osobą do wypowiadania się w tej materii – włączyła się do dyskusji Diana, dyskretnie wskazując na Setta.

               Jakby na to nie patrzeć, miała trochę racji. Zarówno wyżej wspomniany chłopak, jak i sympatia Viego posiadali wiele wspólnych cech i charakteru, i… wyglądu. Uwaga Lunaris była więc całkiem celna. Chociaż ona starała się jakoś wybronić (koszmarny) wybór współczesnego Romea. Powiedzenia ‘’serce nie sługa’’ dalej było przecież aktualne, czyż nie?

               Aphelios widocznie oburzył się na jej słowa. Zmarszczył brwi, po czym wykonał niezrozumiały dla reszty gest rękoma. Siostra jednak odmówiła przetłumaczenia go, uznając komunikat za zbyt ‘’nieodpowiedni’’. Cokolwiek miało to w tym kontekście oznaczać.

- Wiem, że bardzo oszczędnie wyrażałam się o twoim związku, gdy byłeś z tamtą blacharą – zaczęła Yordle – Ale dlaczego, do cholery, z tych wszystkich normickich pozerów to musi być akurat Akshan?

               Camavor nie spodziewał się, że znajomi niesamowicie ucieszą się po dowiedzeniu się, o kim była cały czas mowa, to fakt. Ale sądził, że co najwyżej trochę pomarudzą. Oni za to zaczęli przeganiać się w wymyślaniu powodów, dla których chłopak miał stanowić okropny materiał na… cóż, na chłopaka. Nie, żeby Viego wcześniej już ich nie znał.

               Jasne, był bardzo nieodpowiedzialny. Czasami irytujący. Ponadprzeciętnie głośny.  Zachowywał się gorzej od najbardziej stereotypowych protagonistów komiksów o super-bohaterach. Miał okropną manierę mówienia o sobie w trzeciej osobie, był zadufany, brawurowy, porywczy… ale też całkiem czarujący. Do tego pomocny. Miły. Wesoły. Niemal bezustannie uśmiechnięty. Zawsze widział we wszystkim dobre strony. I chociaż ta cecha zazwyczaj działałaby jako największy odpychacz, tym razem sprawiała, że osobowość tego palanta, jakimś cudem, go pociągała. Na jego własne nieszczęście.

               Był bowiem pewien, że nie ma absolutnie żadnych szans na to, aby ten polubił go w sposób romantyczny. Rozmawiali ze sobą wielokrotnie  i w stu procentach tych incydentów traktował go zupełnie zwyczajnie, jak normalnego przyjaciela. Powiedzieć, że taki stan nie był Camavorowi na rękę, to nic nie powiedzieć. Przez swoją beznadziejną, przeżartą romantyzmem duszę nie potrafił zrobić nic. Poza pisaniem okropnie miłosnych listów, których nie zamierzał wysyłać. I skrobaniem poetycko-filozoficznych zlepków, które jedynie w przypadku poważnego urazu mózgu można było nazwać wierszami. Na szczęście nigdy nie ujrzały one światła dziennego.

               Z tego właśnie powodu bardzo mocno liczył na zaangażowanie swoich drogich przyjaciół – a na to się nie zapowiadało. Z bliżej nieokreślonego powodu wybranek białowłosego działał im na nerwy bardziej niż Sett czy Rakan. Najwidoczniej limit zbyt pewnych siebie, przekonanych o swej wspaniałości durni został przekroczony. Nie to, żeby się dziwił. Wcześniej często zastanawiał się, jakim cudem Xayah potrafi wytrzymać z Rakanem, albo jak Aphelios znosi Setta. Teraz… cóż, chyba to zrozumiał. I nie podobało mu się to, że mimo praktycznie bliźniaczych sytuacji, reagują aż tak negatywnie.

- Och… naprawdę wadzi wam aż tak okropnie, że mi nie pomożecie? – jęknął żałośnie, posyłając znajomym dołujące spojrzenie smutnego kotka. Nie istniał wszechświat, w którym taka metoda by nie zadziałała, prawda?...

- Nie dramatyzuj. Nikt nie mówił, że ci nie pomożemy – zaoponowała różowowłosa, unosząc wzrok znad kartki, w połowie pochłoniętej przez plansze do gry w kółko i krzyżyk – Nawet, jeśli Akshan jest jedynie lalusiem z ujemnym iq.

               Reszta zgodnie pokiwała głowami, przy okazji dodając jakieś komentarze na temat irracjonalności wniosku wysnutego przed chwilą przez  Viego. Jak on śmiał w ogóle pomyśleć, że zignorują jego błaganie? Może i miał kiepski gust, ale nadal był ich przyjacielem! Czyż nie tak właśnie zazwyczaj zachowywali się bliscy? Najpierw reagując sceptycznie i z iście snajperską celnością wypunktowując wszelkie wady obiektu westchnień, a później wspierając zakochaną osobę w jej związku? Ewentualnie czasami także grożąc jej miłości poważnym uszczerbkiem na zdrowiu, jeśli tylko jakkolwiek zrani uczucia owej osoby? No właśnie!

               Postanowili więc zakasać rękawy i wziąć się do roboty. A tej było dużo. Trzeba było, rzecz jasna, wyśledzić profile nieszczęśnika na wszystkich social mediach, dokładnie wybadać teren, poznać jego zainteresowania, relacje, potencjalne poprzednie związki. Przeskanować go dokładniej od najprecyzyjniejszego promienia Rentgenowskiego. Nie zostawić na nim kawałka, którego nie poddano dogłębnej analizie. Dokopać się do wszystkiego – nawet do tak prozaicznych rzeczy jak dyplom z konkursu pięknego czytania z pierwszej klasy podstawówki. Wszystko się liczyło. Czy brzmiało to niezdrowo? Owszem. Jak zorganizowany stalking? Jak najbardziej. Ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie bawił się w darmowego agenta FBI na pełen etat. Przecież Akshan i tak nie był niczego świadom! Moralnie rzeczywiście wypadali dość blado, ale skoro samej ‘’ofiary’’ nic nie zdawało się niepokoić, to w świetle prawa byli grzecznymi, słodkimi aniołeczkami. Przynajmniej do czasu.

               Tym razem sprawa nie należała do łatwych. Samo znalezienie go było nie było przesadnie skomplikowane – wszystkie jego konta ustawiono na publiczne, jak zresztą w przypadku większości osób o podobnym charakterze. Nie mogli jednak znaleźć absolutnie żadnych informacji, jakie zasługiwałyby na miano wartościowych. Absolutnie. Żadnych.

- Czy on nie ma żadnych pasji? – zapytała z niedowierzaniem Allune, dokładnie przeglądając jeden z jego profili.

- Jak widać  - Rakan wzruszył ramionami, nadal z długopisem w dłoni czekając na jakieś godne zanotowania fakty – Wygląda na to, że będzie trzeba wykorzystać plan b…

               Po wypowiedzeniu tych słów w pomieszczeniu rozległy się pełne cierpienia i żalu pomruki. Na czym polegał ten tajemniczy plan b? Na socjalizacji. No, nie do końca w jej pełnej definicji. Trzeba było po prostu osobiście porozmawiać z delikwentem bądź jego najbliższym środowiskiem. Z założenia brzmiało prosto – co więc było największą przeszkodą? Potencjalni wykonawcy. Klub Książki składał się przecież w całości z chronicznych introwertyków, zbyt zgorzkniałych lub znudzonych ludzkością, aby swobodnie konwersować, zwłaszcza z tak odmiennymi od siebie ludźmi. Ale skoro wszystkie bardziej konwencjonalne metody zawiodły, to pozostało im jedynie to. Tylko… kto powinien się tego podjąć?

               Wzrok wszystkich zgromadzonych odruchowo powędrował ku członkom honorowym, najbardziej gadatliwym, otwartym i bezproblemowym, zazwyczaj niestraszącym ludzi samą swą aurą. Ci wpierw nie pojęli, co tak właściwie ma miejsce i zdezorientowanym wzrokiem wpatrywali się w ubrane na czarno mewy, starające się coś wyłudzić. Dopiero po chwili doszło do nich, w czym mają bezpośrednio uczestniczyć. Wizja ta nie przypadła im zbytnio do gustu. Już samo pomaganie w stalkingu wydawało się znajdować na granicy, ale prowadzenie przesłuchań, gdy rozmówca nie będzie tego nawet świadom? Nie brzmiało to zbyt dobrze. Brzmiało bardzo źle!

               Sett stanowczo pokręcił głową, próbując nie spoglądać w stronę swojego chłopaka. Doskonale wiedział, jaki wyraz zobaczyłby na twarzy Apheliosa, a był bardzo podatny na tę formę szantażu emocjonalnego. Rakan był mniej oporny. Po jakimś czasie najwyraźniej doszło do niego, że właśnie w taki sposób najprawdopodobniej w ogóle został partnerem różowowłosej. To, co prawda, niezbyt go pocieszało, ale sprawiało, że całe przedsięwzięcie wydawało się normalniejsze.

               Emosiowy gang znalazł więc swojego kozła ofiarn… to znaczy, agenta w plenerze, któremu od razu przydzielona została pierwsza misja wywiadowcza. Postawiono przed nim trudne zadanie – prześlizgnięcie się na terytorium wroga oraz zinwigilowaniu go do tego stopnia, aby w błogiej nieświadomości wyjawił nieco wojskowych tajemnic. Jaki jest jego typ? Lubi kwiaty? Jakie? Wymarzony pomysł na randkę? Ulubiony kolor, potrawa, restauracja i imię dla kota, na którego powinien się już mentalnie przygotowywać? Znienawidzony przedmiot, plany na przyszłość? Był już wcześniej w związkach? Znak zodiaku? Te i jakieś osiemdziesiąt siedem (a może osiem?) innych pytań czekało na zadanie, gdy tylko szpieg emo wywiadu zbliży się do celu przesłuchania. Większość z nich raczej nie brzmiała podejrzanie, niektóre jednak mogły wzbudzać obiekcje… Ale warto było próbować.

               Honey, chociaż niechętnie, opuścił przytulny klubowy pokoik i zaczął rozglądać się po korytarzu, w nadziei, że spotka gdzieś Akshana i w jakiś w miarę naturalny sposób nawiążę z nim ludzką konwersację. Jakie były szanse? Logicznie rzecz biorąc… marne. Aczkolwiek prawdopodobnie nie wpuściliby go z powrotem do klubu, dopóki nie zdałby szczegółowego raportu ze śledztwa. Zmuszony był więc do przecierpienia najpewniej najbardziej żenujących chwil swojego życia w patriotycznym duchu poświęcenia za ojczyznę… chwila, co? Chyba nie tak to miało iść-  zresztą, mniejsza z tym. Po prostu musiał odbębnić to jakże uwłaczające jego godności zadanie.

               Przechadzał się więc po oczojebnie żółtym korytarzu, zastanawiając się, w jaki sposób zagaić rozmowę, aby nie spalić tego planu już na samym początku (jakby już od momentu wymyślenia go nie stał w płomieniach!). Całkowicie pochłonięty własnymi przemyśleniami w ogóle nie zwracał uwagi na drogę. Kwestią czasu była wobec tego jakaś kolizja – owa nastąpiła z chyba najgorszą możliwą osobą… a może najlepszą? Zależało to od punktu widzenia. A ten zależał przeważnie od punktu siedzenia. Bądź też, jak w tym przypadku, od punktu leżenia plackiem na szkolnych, podłogowych kafelkach.

- Wszystko okay, przyjacielu? – zapytał z wyraźną troską drugi uczestnik stłuczki.

               Rakan z niedowierzaniem uniósł głowę do góry, licząc, że pomimo niemal identycznych głosów osoba ta nie okaże się być pilnie poszukiwanym brunetem. Pożałował tego. Dość szybko. Oczywiście, że osoba okazała się być pilnie poszukiwanym brunetem. Spodziewanie się czegokolwiek mniej kliszowego nie miało w tym przypadku podstaw.

- Ta… - Wstał i otrzepał się z kurzu, po czym przez chwilę tępo wgapiał się w Akshana.

               Potem odchrząknął i… zużył resztki pokładów swej charyzmy (oraz obdarł się z ostatków honoru), aby obronną ręką wyjść z zaistniałej sytuacji. Dokonując heroicznego aktu poświęcenia się, wymyślił całkiem niepodobny do prawdziwego powód i przeprowadził z celem długą, wyczerpującą dyskusję o wszystkim i o niczym jednocześnie. Z tej krwawej batalii uszedł jednak zwycięsko, ze wszystkimi wymaganymi informacjami. Ucierpiała tylko i aż jego duma. A także nerwy. Oraz szare komórki. Zastanawiał się, jak ludzie w ogóle śmieli porównywać go z Santareem. To tak, jakby obrażali go prosto w twarz! Nie był przecież aż tak zadufany w sobie, a przede wszystkim nie gadał o sobie w trzeciej osobie jak ten kretyn… nie miał też kompleksu superbohatera!

               Zamaszyście otworzył drzwi do pomieszczenia, w którym ze zniecierpliwieniem siedzieli członkowie Klubu oraz dwie nadprogramowe przybłędy, Sett oraz Leona. Rudowłosa najwyraźniej skończyła już zajęcia z szermierki i skorzystała z okazji, że spotkanie się przedłużyło, aby spędzić nieco czasu ze swoją dziewczyną – wyglądało na to, że obie były obecnie pochłonięte przygotowywaniem horoskopów na kwiecień dla wszystkich obecnych. Reszta najwidoczniej podchodziła do tego mniej entuzjastycznie i nie oczekiwała na ten prezent z utęsknieniem. Vex zajmowała się wysyłaniem innym zdjęć swojego kota, Yuumi. Moment, gdy przyglądała się swojemu uroczemu pupilkowi był jedynym, jaki powodował zmianę jej wiecznego grymasu w łagodne rozczulenie. Aphelios rozmawiał w języku migowym z siostrą i chłopakiem, któremu Allune co jakiś czas pomagała zrozumieć bardziej skomplikowane gesty. Viego z widocznym zniecierpliwieniem przeglądał swój egzemplarz ‘’Dobrotliwej’’, agresywnie zaznaczając konkretne linijki. Pierwszą osobą, która poświęciła przybyszowi jakąkolwiek uwagę była Xayah. Różowowłosa od razu uniosła wzrok w jego stronę i przechyliła głowę, w geście oczekiwania na wieści. Widząc to, pozostali zgromadzeni także przerwali dotychczas wykonywane zajęcia i w milczeniu czekali na zabranie przez niego głosu.

               Ten jedynie westchnął cierpiętniczo, z wyraźnie słyszalnym znużeniem.

- Ten człowiek to porażka i nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle ci się podoba – powiedział, wyraźnie patrząc w kierunku białowłosego – Ale jeśli już musi, to wiedz, że lubi kuchnię azjatycką, zwłaszcza tajską i chińską, jego ulubiony kolor to pomarańczowy, kocha kwiaty, najbardziej maki, jest spod znaku raka. Idealne imię dla kota to według niego – ma paskudny gust, ugh! – Neko i nie wie nawet, jaki jest jego typ. A, myśli też, że Allune jest w nim zakochana, nie ma za co.

               Po ostatnim zdaniu na chwilę zapadła grobowa cisza. A kilka sekund później rozpętała się prawdziwa burza. We wszechobecnym chaosie tak naprawdę nikt nie słyszał, o co komu konkretnie chodziło. Zmieszane ze sobą okrzyki ‘’cisza!’’ (najprawdopodobniej należące do Vastayi), oburzone wrzaski ze strony obojga pokrzywdzonych oraz pełne zdezorientowania pytania o to, jakim cudem do tego doszło zlewały się w jedno z tłumaczeniami Rakana. Ta bardzo owocna i wartościowa kłótnio-dyskusja trwała mniej-więcej pięć minut. Przerwał ją Phel, znużony słuchaniem nie prowadzących do niczego wrzasków. Czarnowłosy wspiął się na krzesło i w niezwykle dobitny sposób przekazał, aby ‘’dyskutujący’’ wreszcie się ogarnęli.

               Po apelu przez chwilę nawzajem mierzyli się nieco podirytowanymi spojrzeniami – szybko jednak uświadomili sobie, że zachowanie takie kojarzy się bardziej z przedszkolaczkami, a nie z dojrzałymi, poważnymi ludźmi. Zaniechali więc wzrokowej szermierki i milczeniem podpisali pakt o nieagresji, czekając na jakieś wyjaśnienie wypowiedzi czerwonowłosego. Domagali się tego zwłaszcza ci, których sprawa dotyczyła najbardziej.

- Musiałem jakoś zacząć tę rozmowę… więc zasugerowałem, że pewna, um, białowłosa osoba coś do niego czuje. To nie moja wina, że z góry założył, że o nią chodzi!

- Oczywiście, że nie, kochanie. To on tu jest idiotą – odparła obronnym tonem dziewczyna, obejmując chłopaka. Inni nie wyglądali jednak na udobruchanych.

- Nie mogłeś wymyślić czegoś innego? – zapytał Sett, tłumacząc gesty wykonywane przez bardzo oburzonego osobnika siedzącego na krześle obok.

- Kazano mi go przepytać na chyba każdą istniejącą okoliczność! Kto odpowiedziałby na takie pytania bez żadnego wyjaśnienia?

- Myślę, że ktoś tak zakochany w sobie jak on mógłby być do tego zdolny - wtrąciła Leona, widocznie ledwo powstrzymując się od śmiechu. Cała ta sytuacja wydawała się jej tak absurdalna, że nie potrafiła brać jej na poważnie.

               Wiedziała, że Klub miał dziwną manierę wykonywania za zakochanego całej ‘’brudnej’’ roboty. Mimo to, nawet w najbardziej niedorzecznych snach nie stwierdziłaby, że dochodziło to do takiego poziomu! Przecież nie byli małymi dziećmi, które non-stop należało w czymś wyręczać – mogli, a może raczej powinni móc sami poradzić sobie w takich sytuacjach.

               Tym bardziej zdziwiła jej taka nieumiejętność ze strony Viego – przy zawarciu jego poprzedniego związku nikt mu bowiem nie pomagał, a przynajmniej nie było to tak widoczne. Czy uznali, że po ostatnim zawodzie zobowiązani są odwalenia wszystkiego za niego? Kompletny bezsens! Jeśli chcieli dokładnie prześwietlić jego obiekt uczuć i uchronić go przed ponownym zranieniem, dlaczego zgodzili się na to, aby ‘’celem’’ był ktoś o takiej osobowości? Naprawdę nie próbowali wybić mu go z głowy? Poza tym… jakim cudem Camavor w ogóle poleciał na takiego kretyna?...

               To wszystko było zwyczajnie dziwne. I głupie. Widziała ich kilka lub kilkanaście razy, gdy rozmawiali na korytarzu. Nie zastanawiała się wtedy nad tym – podejrzewała, że prawdopodobnie robili wspólnie jakiś projekt. Nawet, gdy wchodząc do ich klasy, aby przekazać ogłoszenie od samorządu uczniowskiego zauważyła, że siedzieli razem – nie uważała, aby jakkolwiek odbiegało to od normy. Może nauczyciel tak im nakazał? Nie przykuło to jej uwagi – chociaż gdy myślała o tym, posiadając aktualną wiedzę, miała sobie nieco za złe, że wcześniej się nie zorientowała.

               Dlaczego jednak aż tak ją ta sytuacja bawiła? Cóż, można powiedzieć, że znajomość z pewnymi osobami pomogła jej stwierdzić już wcześniej, że Akshan najprawdopodobniej także coś do niego czuł. Chyba. Tak przynajmniej wywnioskowała z wypowiedzi Senny i Luciana, którzy, całkiem ślepi, jak widać, narzekali jej na fakt, iż ich przyjaciel coraz częściej oddalał się, aby sam na sam porozmawiać z białowłosym. A jeśli akurat rozmawiał z nimi, to nierzadko o nim wspominał. Prawdę mówiąc, wspominał o nim niemal zawsze. Leona, słysząc ich wypowiedzi, od razu wiedziała, co się święci. Nie była jednak świadoma, że ich ponury Romeo czuje to samo. To… nieco zmieniało postać rzeczy. I dawało pole do kreatywnego planowania.

               Prędko wpadła na pomysł idealny. I do tego prosty jak budowa cepa. Dlaczego po prostu nie umówić ich na spotkanie? Czy to nie brzmiało mniej skomplikowanie, niż zadawanie kilkudziesięciu pytań bez gwarancji uzyskania wartościowych informacji (i z możliwością wywołania jeszcze większego chaosu, co właśnie miało miejsce!)? Przecież i tak bez interakcji bezpośrednio między nimi ich relacja nie uległaby zmianie. No, chyba, że wyznanie też planowali odwalić za niego. Biorąc pod uwagę to, co już zrobili, nie brzmiało to wcale surrealistycznie. Może trochę zabawnie, ale nie surrealistycznie. Niestety…

               Od kiedy tylko zaczęła uczestniczyć w tej niepoważnej komedii – czyli mniej więcej od dwudziestu minut – pewna myśl nie dawała jej spokoju. Nie przypominała sobie, aby ktokolwiek intensywnie przepytywał ją od stóp do głów przed tym, jak zeszła się z Dianą. Czy to możliwe, że jej dziewczyna była jedyną samodzielną osobą? Nie powiedziała im o swoim zauroczeniu? Zabroniła ingerować? Czy po prostu niegdyś swój wywiad przeprowadzali subtelniej? Musiała kiedyś poznać prawdę – ale nie dzisiaj. Dzisiaj musiała za to – jakże tematycznie, biorąc pod uwagę nieszczęsny cel – pobawić się w bohaterkę i powstrzymać, potencjalnie nadchodzącą, ko(s)miczną katastrofę.

               Uznała, że najlepiej będzie, jeśli zaproponuje to jak najszybciej, zanim dramatyczne temperamenty jej znajomych skumulują się i stworzą emocjonalną bombę termojądrową, skłócając ich co najmniej do następnego dnia. Doskonale wiedziała, że normalnie ich nie przekrzyczy. Zainspirowała się więc Apehliosem, chociaż uznała, że delikatne rozszerzenie jego planu nie zaszkodzi. Pożyczyła z jednej z półek egzemplarz niezwykle nudnej, ale jednocześnie obszernej lektury, Ubi tu?, i sprawnie wspięła się na stojący pośrodku stół, po czym… z impetem rzuciła książką o ziemię. To wystarczyło, aby skupić na sobie uwagę kulturalnie dyskutujących.

- Naprawdę namieszaliście! Czasami zachowujecie się, jakbyście w życiu nie mieli kontaktu z inną rozumną istotą – rozpoczęła karcącym tonem, krzyżując ramiona na klatce piersiowej – Dlatego proponuję, żeby wszyscy społecznie nieprzystosowani nie próbowali pomagać bez wcześniejszego uzgodnienia tego z kimś… kompetentym. Albo, żeby pomyśleli nieco krytyczniej, gdy jedyni nieasocjalni obecni w tym pokoju wzbraniają się przed zrobieniem czegoś. W każdym razie, wpadłam na pomysł, który sprawi, że wszystko stanie się prostsze. Chcecie go wysłuchać?

               Wszyscy, nie zważając na wcześniejszą, wyraźnie godzącą w nich część wypowiedzi, zgodnie pokiwali głowami. Jakieś wyjście z tej sytuacji przecież musieli znaleźć, a zdawało się, że Leona stanowiła jedyną osobę, która mogła z tego wybrnąć. Tak przynajmniej wywnioskowali z tego, co powiedziała.

- Umówmy ich na spotkanie. Gwarantuję, że poskutkuje. 

- Nie brzmi jak coś, co miałoby zadziałać – Vex przewróciła oczyma. – Ale może to ja po prostu nie znam się na normickich przegrywach?

- Raczej nie tylko normickie przegrywy nie przepadają za byciem przesłuchiwanymi na każdą okoliczność – ucięła dyskusję rudowłosa, uśmiechając się delikatnie – Więc, co o tym sądzicie?...

- Ugh… jeśli to ma naprawić cały ten syf, to dobrze, zgadzam się – powiedział Viego, poprawiając jedną ze swoich kitek.

               Większość zgromadzonych spojrzała na niego z nieukrywanym zdziwieniem. Nie odezwali się jednak ani słowem. Uznali, że skoro bez większych oporów przystał na tę propozycję, to był już poważnie zdesperowany – jakiekolwiek wykłócanie się nie miało więc najmniejszego sensu. Pod wielkim znakiem zapytania pozostawała jednak organizacja owej schadzki. Gdzie miała się odbyć? Kiedy miała się odbyć? Jak chcieli poinformować o tym drugą, nieświadomą niczego stronę? Pozostawało tak wiele pytań, a dano tak niewiele odpowiedzi! Stan taki nie utrzymywał się długo. Białowłosy już po chwili zaznaczył, że koniecznie musi odbyć się w przyszkolnym parczku, najlepiej pod drzewem wiśni. Słysząc to, większość zaczęła w myślach wyklinać jego przeklęty romantyzm – mimo to, nadal milczeli, kombinując w jaki sposób zaprosić Akshana. Tutaj ponownie na ratunek przyszła im Leona, proponując napisanie kartki, którą ktoś niepostrzeżenie umieściłby w szafce Santareego. Sugerowała, aby zrobił to główny zainteresowany – aczkolwiek wiedziała, że marne były na to szanse. No, ale zawsze warto było spróbować się przebić, czyż nie?

               Gdy wszystko zostało już dokładnie dogadane, należało przystąpić do wprowadzania tego planu w życie. Jako, że nie znajdował się on w gronie tych skomplikowanych, szansę na to, że w czasie realizacji coś pójdzie niepomyślnie, były raczej niewielkie. Ale dalej istniały, z czego Solaris doskonale zdawała sobie sprawę. Uznała więc za stosowne pilnowanie ich od początku do końca – jeśli po drodze nic nie zostałoby spieprzone, pomysł ten na bank zakończyłby się powodzeniem. Wobec tego nie mogła na to pozwolić.

               Przyglądała się uważnie napisanemu zaproszeniu, wyszukując w nim czegokolwiek, co mogłoby zostać zrozumiane opacznie lub negatywnie. Nie odnalazła nic godnego uwagi, co potraktowała jako dobry omen.

               Kontrolowanie ich za pomocą łażenia za nimi krok w krok niezbyt się jej jednak uśmiechało – w końcu też chciała mieć trochę czasu dla siebie, bez niańczenia własnych rówieśników. Miała też coś ważnego do załatwienia. Gdy weszli w drugą fazę polegającą na dostarczeniu karteczki, posłużyła się więc swoimi dobrymi znajomymi – Yone i Lillią. Para, słysząc, dlaczego ma stać akurat w tym konkretnym miejscu w tym konkretnym korytarzu, przystała na to bez większych oporów. I tak mieli u niej dług wdzięczności – tylko dzięki niej i Evelynn byli w ogóle razem. Z własnej woli przyglądali się więc poczynaniom członków klubu, którzy w jak najmniej podejrzany sposób przechodzili fioletowym holem, bez żadnego powodu dosłownie na moment zbliżając się do znajomej szafki. Ten ułamek sekundy najwyraźniej wystarczył, aby misja została wykonana.

               Pozostało im jedynie czekanie w pobliżu umówionej lokacji. Od przełomowego spotkania dzieliło ich ledwie kilkadziesiąt minut. Kilkadziesiąt minut pilnowania, aby białowłosy przypadkiem nie próbował uciec. Pomimo tego, że sam na ów pomysł wyraził zgodę, zaczął uświadamiać sobie, że to naprawdę miało dojść do skutku. Zaczął więc robić jedyną rzecz, jaką podsunął mu wtedy jego głupiutki umysł. A mianowicie – panikować.

- Nie, nie, nie, nie! To idiotyczna idea! Nie ma najmniejszych szans na powodzenie tak irracjonalnego przedsięwzięcia! To zwyczajnie niemożliwa do osiągnięcia…

- Woah… Normalnie nazwałabym cię boomerem, ale nawet oni tak nie gadają – przerwała mu Vex, starając się jakoś rozluźnić atmosferę. Delikatnie położyła mu rekę na ramieniu, chcąc nieco go uspokoić – Serio. Wiem, że gdy się stresujesz, to zaczynasz tak mówić, ale autentycznie mnie przerażasz. W beznadziejnym tego słowa znaczeniu.

               Ten jedynie jeszcze bardziej się spiął, rozglądając się po okolicy. Reszta doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jeśli teraz by go nie powtrzymali, to jutro wysłuchiwaliby wyrzutów na ten temat. Postanowili więc być uparci i w razie potrzeby siłą zawlec go w umówione miejsce. Nawet, gdyby musieli go ogłuszyć i związać, przekupić lub zaszantażować – dobrze znali go i jego reakcje, byli zatem przekonani, że w głębi swojej obrzydliwej, romantycznej, zakochanej duszy chciałby zebrać się na odwagę. Potrzebował jednak pomocy katalizatora. Ich, rzecz jasna.

- Rany… może powinniśmy napisać mu tekst na kartce, bo jeszcze wyzna mu uczucia w takim stylu… - zasugerowała Xayah jak najciszej, tak, aby omawiany osobnik niczego nie usłyszał.

               W odpowiedzi otrzymała tylko karcące spojrzenia, na co sama jedynie fuknęła i wróciła do wykonywania zadania z geografii. Próbowała jakoś zabić czas, który, jak na złość, niesamowicie się dłużył. Niby musieli czekać jeszcze dwadzieścia minut – w praktyce wydawało im się, że trwa to całą wieczność. Jeśli nie dwie. Oliwy do ognia dolewał dodatkowo chłopak, nieustannie panikując i wypluwając z siebie zdania złożone w większości z bardzo wyszukanych archaizmów, niezrozumiałych dla… no, nikogo, tak właściwie, a to jeszcze bardziej ich denerwowało. Mimo to w nie zaczęli ponownie go strofować, przypuszczając, że to mogłoby jedynie pogorszyć sytuację.

               Nareszcie jednak nadszedł czas. Godzina sądu wybiła. A Viego… wyglądał jak kłębek nerwów. Trzęsły mu się ręce i, wnioskując po błogiej ciszy, niezmąconej żadnymi wypowiedziami rodem z dramatów Shakespeare’a, nie potrafił wydusić z siebie ani słowa.

- Tak chyba nie działają motyle w brzuchu… - zmartwiła się Allune.

- Nie. On ma bardziej motyle w gardle – stwierdziła Diana, ciągnąc panikarza za sobą. To była jego chwila.

               Zostawiła go pod drzewem, po czym wraz z klubem odmaszerowała za tujowy żywopłot – zapewniał on, że pozostaną niezauważeni, ale jednocześnie będą mogli wszystko słyszeć – i w razie konieczności zaingerować! Pozostało więc czekać na zaproszonego. Znali jego temperament, wobec czego nie spodziewali się raczej, aby pojawił się tu w przeciągu najbliższych dziesięciu minut. W takim samym przeświadczeniu żył Camavor.

               Jego przybycie zaskoczyło więc wszystkich po równo. No, może głównego zainteresowanego nieco bardziej. Mocno bardziej. Tak bardzo bardziej, że zabrakło mu na moment tchu. Do tego zupełnie zbladł. I mało co nie zemdlał – uratował go przed tym chyba jedynie pomnik przyrody, o który się oparł.

               Serce waliło mu jak szalone, gdy widział, jak ten zmierza wesołym krokiem w kierunku miejsca spotkania. Starał się jakoś na szybko pozbierać myśli, aby nie wyjść na kompletnego kretyna. W głowie zapaliła mu się jednak czerwona lampka. Jeśli zmierzał tu tak radośnie, a Rakan mówił, że jest pewien, że to siostra Apheliosa coś do niego czuje…

,,To absolutnie najtragiczniejszy pomysł w dziejach całego gatunku ludzkiego!’’ pomyślał, przełykając ślinę. Zacisnął oczy. Miał jeszcze opcję ucieczki. Wystarczyło tylko-

- Och, Viego? Co tu robisz?

               Już nie. Cholera jasna.

- J-ja? Co tu… robię? – Plan nie wyjścia na skończonego idiotę najwyraźniej się nie powiódł – Um. Stoję – Pokiwał głową, szczerząc się niezręcznie.

               Akshan przekrzywił nieco głowę, jakby nad czymś się zastanawiał. Po chwili na jego twarzy pojawił się wyraz zrozumienia, który płynnie przeszedł w zdziwienie. Kilka sekund później, brunet uśmiechnął się łagodnie.

- Czyli nie ma to nic wspólnego z listem, który dostałem, jak mniemam? – zapytał szelmowskim tonem, eksponując trzymaną w lewej dłoni karteczkę.

               A więc… wiedział. I chyba, najpewniej, nie wściekał się. Nawet… był zadowolony? Chociaż może to było zbyt odważne stwierdzenie. Ale przynamniej nie wyglądał na rozczarowanego, nie okazywał też dyskomfortu.

               Mimo to, białowłosy nie ośmielił się wypowiedzieć ani słowa. Dalej stał pod drzewem, niezdolny do wykonania żadnego ruchu, za to czerwony niczym dojrzały pomidor. Wziął kilka głębokich wdechów, chcąc zebrać się na odwagę, ale… nie był do tego zdolny.

               Santaree pokręcił głową z rozbawieniem. Nie było to jednak prześmiewcze rozbawienie – to było… szczere. I… miłe? Zdecydowanie podbudowujące na duchu.

- Hej – zaczął, wyciągając rękę w jego stronę – Nie musisz się niczego wstydzić. – Złapał jego dłoń, delikatnie gładząc jej wierzch.

- Co… co masz przez to na myśli? – zapytał cicho, starając nie patrzeć chłopakowi w oczy.

- Dokładnie to, co mówię. Ja ciebie też – rzekł spokojnie, powoli przytulając swojego ‘’rozmówcę’’.

               A ten… dalej nie wiedział, jak miał zareagować. W głowie kłębiło mu się tysiące myśli na raz. Nie potrafił ich uporządkować. Nie potrafił się skoncentrować. Nie do końca wiedział, co dokładnie się działo. Czy to sen, czy to jawa? I chwila, on powiedział ‘’ja ciebie też’’?... A może to tylko dźwiękowy miraż, psikus spłatany mu przez słuch. Chociaż to objęcie… niemożliwe, aby na raz dwa zmysły uznały za stosowne zakpienie z niego, czyż nie?

- T-to znaczy… kochasz mnie? – wyjąkał z niedowierzaniem, patrząc na niego zaszklonymi oczyma.

               Tyle emocji… nie umiał ich kontrolować. Chciałby, ale… po prostu nie umiał. Łzy same pociekły mu po zupełnie czerwonych policzkach, niszcząc perfekcyjnie wykonany makijaż. W tym momencie niezbyt go to zajmowało. Chcąc doprowadzić się do w miarę normalnego stanu, przetarł oczy, kompletnie wszystko rozmazując. Potem uśmiechnął się delikatnie i wtulił w bruneta, uważając, aby nie pobrudzić jego białej koszulki. Akshana z kolei zdawało to w ogóle nie interesować – objął go ciaśniej, wliczając w cenę czarne plamy.

- Tak. O to chodziło – odpowiedział, gładząc go po włosach.

               Stali więc tak pod drzewem, wtuleni w siebie nawzajem, zupełnie ignorując otaczający ich świat. Po drugiej stronie iglastego żywopłotu obserwować można było za to wiele stopni podekscytowania. Każdy był jednak zdecydowanie zbyt przejęty, aby zwrócić uwagę na Leonę…

               … Która stanęła na ławce, po czym porozumiewawczo mrugnęła w stronę Akshana. Chłopak odwzajemnił ten niepozorny gest.

               W taki sposób rudowłosa stała się cichą bohaterką. Nikogo, jakimś cudem, nie zastanawiał fakt tak swobodnego kroku i pogodnego nastawienia u Akshana, według ich informacji przekonanego, że zmierza na spotkanie z niewłaściwą osobą. Nie zadawali więc żadnych pytań – i dobrze, bo dziewczyna i tak nie udzieliłaby na nie odpowiedzi. Na pewno nie byliby bowiem zadowoleni, że w momencie jej tajemniczego zniknięcia pomiędzy dwoma fazami planu osobiście uprzedziła Santareego, co się święci. Podejrzewała, jak potencjalnie zareagowałbym Viego – i się nie myliła. Wolała więc, aby jego obiekt uczuć mentalnie się na to przygotował. I spisał się niespodziewanie dobrze - nie posądzała go wcześniej o tak świetne umiejętności aktorskie. Jego zdziwienie zdawało zupełnie prawdziwe!

               Patrzyła teraz na nich z rozczuleniem wymalowanym na twarzy, po czym zeskoczyła z ławki i wraz z resztą Klubu po cichu się ewakuowała, znikając w tujowym labiryncie. 

 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bal [Harry x Hermiona, cu] | Alias średnio udane Harmione, bo po raz pierwszy piszę coś z HP-

Sylwester [Sasori x Deidara, human au] | Alias Brzask Człowiek Złoto-