The king of fools [Demon Slayer semi-angst]

 

« The king of fools »

(Douma is non-binary cuz I say so (they/he)) (Also, it’s not necessarily a comedy, nor a fluff) (But it’s still dumb af and has lots of silly moments) (Decorum  doesn’t exist lmao) (Also it’s a character study type of fic, so it’s boring af) (And also, it starts after Entertainment District arc) (Slight canon divergences + a bit ooc Douma) (Also Muzan being genderfluid is SO real, but we’re not ready for this to happen) 

TW/CWs: Contains some not very graphic depictions of  beheading and generally canon-like violence; some mentions of suggested intrusive thoughts and religious/family childhood trauma (mostly religious tho)

***

            Gdyby któremukolwiek z wyższych księżyców powierzono zadanie scharakteryzowania Doumy, niemal na pewno w swoim opisie posłużyłby się określeniem „błazen”. Nie omieszkałby także, zapewne, wspomnieć o jejgo ponadprzeciętnie rozwiniętej umiejętności irytowania wszystkich wokół i ogromnym potencjale do wywoływania zmieszania. Sama obecność demona większość wprawiała w konsternację, również wtedy, gdy w żaden sposób się ono nie udzielało. Sposób, w jaki Douma siedziało, uśmiechało się lub zwyczajnie patrzyło – nie, wgapiało się – było wystarczająco niepokojące. Nawet dla tak odrażających, zgniłych moralnie person jak lepsza szóstka Kizukich, być może z wyłączeniem Kokushibo.

               Wielką radość stanowiło więc dla nich to, że nie musieli oni wchodzić z tym osobnikiem w zbędne interakcje. Ostatecznie im mniej obecne Douma było w ich nieograniczonej egzystencji, tym lepiej. Nie to, żeby każdego dnia dziękowali Najwyższej Ekscelencji Magnificencji Kibutsujiemu za to, że nie mają w obowiązku regularnie widywać znienawidzonej przez nich twarzy – aczkolwiek na pewno za nią nie tęsknili.

               Dlatego każde wezwanie do Zamku Nieskończoności wywoływało falę, eufemistycznie to określając, braku entuzjazmu. U wszystkich, z wyłączeniem samego powodu, rzecz jasna.

               Ponieważ ono, czego trudno było nie zauważyć, do wszystkiego podchodziło z ponadprzeciętnie, niesamowicie wyolbrzymioną pasją, będącą niemal równie żarliwą, co sztuczną. W rzeczywistości stanowiła ona jedynie maskę, fasadę, za którą kryło się ogólne znudzenie i emocjonalne odrętwienie, wyjałowienie pozbawione jakichkolwiek uczuć czy potrzeb wyższych niż te zupełnie podstawowe. I chociaż niewprawiony obserwator mógł ulec tej złudnej gorliwości, żadna wyższa ranga nie nabierała się już na jejgo sztuczki. To jednak nie przeszkadzało mu udawać. Wydawało się wręcz, że umyślne irytowanie w ten sposób reszty obecnych sprawiało mu pewną, nieudolnie skrywaną przyjemność. A może było to zaledwie kolejne z jego oszustw? Cóż, Douma nie należał do grona osób łatwych do przejrzenia. Mimo to traktowali go jak irytującego insekta, latającego gdzieś w pobliżu, drażniącego wydawanymi dźwiękami, ale niemożliwego do zneutralizowania.

               I właśnie ten pokraczny pomiot Muzana skocznym krokiem przemierzał jedna po drugiej komnaty Zamku. Z szerokim uśmiechem, idealnie eksponującym śnieżno-białe kły i krwią ściekającą powoli z lewego kącika ust, wsiąkającą w zdobiący go materiał, przekraczało kolejne bambusowe drzwi, mijając identycznie wyglądające ściany i podłogi, pozornie niemożliwe do rozróżnienia, same w sobie stanowiące prawdopodobnie letalną pułapkę dla nieszczęsnego śmiertelnika, który zapuściłby się w te progi. Tak, gdyby grupa najpotężniejszych demonów świata nie była wystarczająca.

               Douma przystanęło przed ostatnimi drzwiami. Poprawił swój zhwa nag1 i dodał do swojego wyrazu twarzy nutkę delikatnej niewinności. Nic bowiem nie wprowadzało więcej chaosu niż silny kontrast – w tym przypadku pozornie łagodnej mimiki oraz brutalnie zdobytych ‘’ornamentów’’. Mieszanka idealnie wybuchowa.

               Z finezją otworzył delikatną konstrukcję, wychylając się zza winkla i uważnie lustrując pomieszczenie. Komnata zdawała się całkowicie opustoszała, najprawdopodobniej od wielu lat. Każdy znajdujący się w niej mebel ustawiony był nienaturalnie idealnie, prosto, jak gdyby nigdy nie zbrukał go nieludzki dotyk. Kurz powlekał je wszystkie równomiernie, nie posiadając w cienkiej warstewce żadnych, nawet najmniejszy ubytków dowodzących przeszłego użytkowania.

               Czyli wszystko było na swoim miejscu. Wyglądało tak samo, jak dekady (czy na pewno dekady? W trakcie nieskończonej egzystencji łatwo jest zgubić rachubę czasu) temu, podczas ostatniego zebrania wyższych rang.

               Douma prędko zajęło swoje zwyczajowe miejsce, siadając na jednym z pufów ze skrzyżowanymi nogami, machinalnie przyjmując statyczną pozycję. Wiedział, że inni nie przybędą szybko. Niestety. Zazwyczaj lubił być tu przed czasem. To miejsce w dziwny, niezrozumiany przez niego sposób oddziaływało na niego kojąco. Tym razem tak jednak nie było.

               Nie cieszyło się, że miało trochę czasu do namysłu w samotności. Chociaż niemal zawsze doceniało więc krótkie chwile wytchnienia od swoich wyznawców, czuło, że teraz samotność doprowadzi go do obłędu. Ona wszakże zmuszała do przemyśleń. Zmierzenia się osobiście z nieskończonym labiryntem umysłu – a obecnie niczego nie obawiał się bardziej. Dalej bowiem nie rozumiał, z jakiego powodu właściwie mieliby zostać wezwani. Intrygowało go to, w negatywny sposób – w końcu Kibutsuji robił to jedynie w istotnych sytuacjach. Cóż obecnie mogło zmusić go do takiego kroku? Czy chodziło o tego chłopca z kolczykami hanafuda, o którym ostatnio co nieco słyszał? Czy naprawdę jeden dzieciak z mieczem mógł wywołać takie poruszenie?

               Wyglądało na to, że tak. Żadne inne opcje nie były przez niego akceptowane – głównie dlatego, że były zbyt odrealnione, aby mogły mieć przełożenie na rzeczywistość. Każdy słyszał przecież o rzezi niższych rang – ale coś takiego w tym przypadku byłoby ruchem bezsensownym. Jak bardzo Muzan nie okazywałby swojej nienawiści i poczucia wyższości, byli mu potrzebni. Kolejną ewentualność stanowiła śmierć któregoś z księżyców – lecz to także brzmiało jak absurd. Hierarchia nie zmieniła się od przeszło wieku. Poza tym nawet najsprawniejszy zabójca demonów, zdaniem Doumy, nie podołałby zabiciu stworzenia tak potężnego.

– Czyż nie? – zapytał, doskonale wiedząc, że nie uzyska odpowiedzi. Traktowało zresztą to pytanie jako zupełnie retoryczne, niewymagające głębszych przemyśleń. Odpowiedź była przecież zwięzła. Brzmiała nie.

               Dlaczego więc niezidentyfikowany, w pełni niematerialny obiekt co rusz dźgał go gdzieś we wnętrzu, budząc w nim nieracjonalny niepokój? Pustkę, która domagała się realnej odpowiedzi na ten temat? Prawdziwego, namacalnego zaprzeczenia? Cóż. Słyszało również i te pogłoski. Każdy je słyszał. Życie w odizolowanej sekcie nie sprawiało od razu, że człowiek… demon stawał się głuchy na wszelkie docierające z zewnątrz informacje – to nie on był tym indoktrynowanym.

               Więc, jedynie być może, czysto hipotetycznie, trzecia przyczyna nie była tak kompletnie odrealniona.

– Nie, to dobre dzieci – stwierdziło po dłuższej chwili milczenia, wciąż siedząc kompletnie nieruchomo, niezmiennie uśmiechając się w dal. Uśmiech ten jednak w najmniejszym stopniu nie aspirował do przejawu radości. Ani odrobinę go nie przypominał. Był okropny, jakby miał pełnić funkcję pocieszenia przez osobę jeszcze dobitniej przygnębioną.

               Znów nastąpiła cisza. Nie ta przyjemna, raczej ta z rodzaju przytłaczających, duszących, ale niemożliwych do przerwania. Dalsze mówienie do siebie jednak nie poprawiłoby tego stanu rzeczy, jedynie jeszcze bardziej utwierdziłoby go w przekonaniu, że odchodzi od zmysłów. Wolało się więc nie odzywać.

               To odrętwienie nie trwało, na szczęście, długo. Zaledwie po kilku minutach do nozdrzy Doumy dotarł silny zapach innego demona – znanego mu demona. Nawet doskonale znanego. Odwrócił się w kierunku, z którego dobiegał.

– Akaza-dono! – wykrzyknęło z fałszywym entuzjazmem w sekundzie, w której różowowłosy mężczyzna przekroczył próg – Witaj!

               Przybysz od stóp do głów zmierzył go wzrokiem wyrażającym czystą, nieskrywaną pod żadnymi maskami odrazę. Bardzo w stylu Akazy. On nigdy nie udawał. Chwała mu za to.

– Douma – ledwo wycedził to słowo przez zaciśnięte zęby, a mimo to nuta nierozcieńczonej niczym pogardy była bardziej niż wyczuwalna – Nie masz do roboty czegoś bardziej produktywnego od nawiedzania tego miejsca? Jesteś jak jakiś cholerny duch. Nie można tu nawet siedzieć w spokoju.

               Na te słowa jedynie szerzej się uśmiechnęło, delikatnie przymykając oczy.

– Po prostu tęsknię za moimi przyjaciółmi – wyraźnie zaakcentowało ostatni wyraz, po czym przechyliło głowę w bok – Dawno was nie widziałom.

               Niższy spiorunował go wzrokiem, jednocześnie niemo odmawiając udziału w dalszej, w jego mniemaniu bezcelowej, wymianie zdań. Pokręcił głową i westchnął ciężko. Z Doumą nigdy nie dało się poważnie porozmawiać. Zawsze zachowywał się jak, cóż, błazen, zmieniał tor konwersacji albo zaczynał bredzić na inny temat. Po tylu dekadach przymusowej znajomości stawało się to męczące.

               Z utęsknieniem wyczekiwał więc momentu, w którym w komnacie pojawi się ktoś jeszcze. Tymczasem pozostawało mu ignorowanie dziwnych zachowań towarzyszącego mu demona. Ostatecznie zawsze zależało mu jedynie na zwróceniu na siebie uwagi.

– Hej, Akaza-dono! Nie udawaj, że mnie nie słyszysz. Nie tak się zachowują przyjaciele, czyż nie?

               Nie odrywało wzroku od trzeciej rangi, oczekując odpowiedzi. Dalej nieznacznie unosiło kąciki ust, eksponując niemal śnieżno-białe kły. Idealnie kontrastowały z brązowiejącą już plamą na policzku. Widok ten wzbudził w drugim księżycu odrazę.

– Powinnoś nareszcie nauczyć się podstaw higieny – stwierdził, kompletnie niewzruszony. Nie miał zamiaru dać się wyprowadzić z równowagi.

– Ach, to? – zapytało jakby retorycznie, wskazując na zabrudzenie – Była naprawdę pyszna, mhm – dodał po chwili, doskonale wiedząc, jaką reakcję to spowoduje.

               Jednak zdawało się, że się przeliczył.

               Oczekiwał, że po takim komentarzu Akaza wściekłby się na tyle, aby przynajmniej ponownie pozbawić go głowy. To byłoby chociaż odrobinę interesujące.

               Tak się jednak nie stało, a Douma ponownie został brutalnie zmuszony do skonfrontowania się z własnymi myślami. A ta perspektywa bardzo się mu nie podobała.

               Nigdy nie lubił swoich myśli – były głośne. I frustrujące. Nie mogło się ich pozbyć, zawsze słuchało, co jejgo mózg miał mu do powiedzenia – czy tego chciało, czy nie. A nigdy nie chciało.

               Teoretycznie zawsze sądził, że nie odczuwał emocji. Uczucia były mu obce. Nie rozumiał ich. Nie znał ich. Nie potrzebował ich. Ale to nigdy nie była prawda. Przynajmniej nie w całości.

               Do części prawdziwej zaklasyfikować należało bowiem wzmiankę o nierozumieniu swoich odczuć. Cała reszta była czystą bujdą. Czuł je. Zwyczajnie w innym natężeniu. I tak właściwie nie wiedział, co czuł. To zawsze stanowiło dla niego pewną tajemnicę, zagadkę, niemożliwą do rozszyfrowania. Nie znał klucza, którym miałby się kierować. Mechanizm wydawał się zbyt skomplikowany, zbudowany na szkielecie niejasnego, nie do końca określonego algorytmu z wieloma niewiadomymi. Kompletnie bezużyteczny.

               Zdecydowało się więc na opcję znacznie prostszą, bezpieczniejszą. Wykorzystując zmysł wzroku, obserwowało zachowania, reakcje, mimikę innych ludzi – a następnie naśladowało ich, z biegiem lat stając się w tej sztuce prawdziwym wirtuozem. Jedynie nieliczni byli w stanie zorientować się w tym teatrzyku kłamstw.

               Zostając wyższą rangą, ostatecznie zrezygnował z prób dojścia do ładu z własnym wnętrzem. Przybrał maskę nadmiernie entuzjastycznego, wesołego błazna. Przestał liczyć się z tym, co sądzili inni. Jak bardzo niekomfortowo czuli się z jego obecnością, jak wielki dysonans budziła w nich jego persona radosnego psychopaty. I nigdy na ponów nie zaczęło, czego cholernie żałowało.

               Nigdy. Nawet wówczas, gdy spotkał te dzieci. Odrzucone, znienawidzone, wzgardzone przez świat. Niezrozumiane. Traktowane jak ludzkie odpady, nikomu niepotrzebne. Nie powinno w nich zobaczyć samego siebie. Nie miało do tego żadnego powodu. Ale zobaczyło. I pierwszy raz zrozumiało, co poczuło. Pierwszy raz pojęło, co ludzie nazywali miłością. Bo niezaprzeczalnie ich pokochał. Dlatego zaproponował im przemianę. Och, jak egoistyczne było to z jego strony. Jak okrutne, jak egocentryczne. Ale początkowo tego nie zauważało. Do czasu.

               Do czasu, aż Daki i Gyutaro nie stali się ulubieńcami Muzana. Łatwi do zmanipulowania, ustawienia po swojemu. Zatrucia. To były dobre dzieci. Dopóki nie zaczął mieszać im w głowach. Chciał mieć ich pełną lojalność, całkowite, niekwestionowalne oddanie. Pozwolił im nawet współpracować, pomimo odgórnego zakazu. Douma wszystko to widziało. Brzydziło go to. Ale nie zareagował. Nie walczył o nich. Zawiódł ich.

               A teraz te zatrute dzieci mogły nie żyć. Zabite chłodną stalą, z powodu wyroku wykonanego rękoma zabójców, lecz niezaprzeczalnie wydanego przez niego samego. Dekady temu, gdy ofiarował im swą krew.

               Czy to naprawdę było tego warte?

               Na szczęście nie dostał więcej czasu na zastanawianie się nad tymi kwestiami. W drzwiach bowiem pojawiła się kolejna sylwetka, wyższa, nawet od samego Doumy, wyposażona w ostrze Nichirin. Kokushibo.

               Zmierzył obecnych w pokoju chłodnym wzrokiem, po czym zajął przydzielone mu miejsce. Zgrabnym ruchem ułożył miecz na kolanach i rozluźnił się, w milczeniu wpatrując się w jeden, bliżej nieokreślony punkt, oczekując na przybycie Kibutsujiego. Planował, aby przebiegło to we względnym spokoju, bez zbędnych dyskusji. Nie sądził jednak, aby jego pobożne życzenia zdołały opuścić sferę uroczych marzeń. Nie z Doumą w tym samym pomieszczeniu. Rzecz jasna pierwszy księżyc był od niego znacznie silniejszy – jednakowoż nie miało to szczególnego znaczenia w takiej sytuacji. Walka była ostatecznością i dyktowała ją jedynie chęć rzeczywistej zmiany rangi. W innych sytuacjach była wykluczona. A ono i tak było po prostu denerwujące. Nie stanowiło żadnego zagrożenia.

               Pozostawało mu więc ignorowanie irytującego demona, co, tak właściwie, szło mu całkiem nieźle. Dowodził temu fakt, że pomimo jejgo usilnych prób na zwrócenie na siebie uwagi, trwających już zresztą kilka dobrych minut, Kokushibo nawet nie drgnął. Nie odwrócił wzroku w jejgo kierunku. Kompletnie nie słuchał wypluwanych przez niego bredni, odbierając jedynie niezidentyfikowane szumy, świadczące o tym, że rzeczywiście prowadził jakiś monolog.

– Stul wreszcie pysk. Nie można usłyszeć nawet własnych myśli – wycedził przez zęby Akaza, ostatecznie nie dotrzymując swojego postanowienia.

               Kokushibo jedynie wywrócił oczyma. Nie spodziewał się po nim niczego innego.

– Ma, ma, Akaza-dono. To bardzo nieuprzej… – Brutalny ruch przerwał jego wypowiedź w połowie. Oderwana głowa uderzyła głucho o podłogę, zostawiając na niej krwawy ślad.

               Po chwili dołączyła do niej ręka sprawcy, jednym, sprawnym cięciem oddzielona od korpusu przez pierwszą rangę.

– Szanuj hierarchię, Akaza – rzekł zdawkowo, zupełnie obojętnym tonem. Ich żenujące, zdziecinniałe zachowanie dawno przestały na niego działać. Respekt dla zasad był jednak najważniejszy. Nie interesowały go w tym przypadku żadne prywatne zatargi. Powinni wykazać się pewnym poziomem.

               Rzecz jasna żadna z tych ran nie zagrażała ich życiu w najmniejszym stopniu. Jak szybko części ciał znalazły się na posadzce, tak samo szybko powróciły na swoje pierwotne miejsce. Ku nieukontentowaniu różowowłosego. Liczył na dłuższą chwilę odpoczynku od irytującego głosu blondyna.

               Na usta Doumy na ponów wstąpił uśmiech. Och, jak przyjemnym widokiem był chaos. Od zawsze z niewyjaśnionych przyczyn przynosił mu rozrywkę. Zwyczajnie był intrygujący, bawił go. Do tego przyjęta przez nie persona sprawdzała się wyśmienicie w jego wywoływaniu. Szkoda, że nigdy nie trwał wystarczająco długo.

               Dalsze próby denerwowania towarzyszy pomogły mu przeczekać następne kilkadziesiąt okropnych minut. Przybycie Gyokko i Hantengu zapewniło mu jedynie więcej potencjalnych opcji.

               Czekanie go zabijało. Naprawdę chciało wierzyć w to, że zasłyszane przezeń plotki to wierutne bzdury, czyste wymysły, niezawierające ani grama, promila prawdy. Wmawiało to sobie – przecież zawsze było w tym dobre… Dlaczego tym razem mu się nie udawało? Dlaczego jako dziecko było w stanie samo na sobie wymusić uwierzenie w sensowność swojej roli, całego swojego życia, a teraz nie mogło zrobić nawet tego?

               W jego głowie Daki i Gyutaro trwali w dziwnym zawieszeniu. Ani nie żyli, ani nie umierali, ani nie leżeli jeszcze w chłodnej glebie. Istnieli w pauzie metafizycznej, nieokreślonym stanie. Nie pogodził się z myślą, że mogliby umrzeć. Ale nie potrafił też oszukiwać siebie. Słyszał to ze zbyt wielu źródeł, aby móc machnąć na to ręką i przejść obojętnie obok.

               Dalej się uśmiechał. Na każdą myśl o nich nawet mocniej. Niezdrowy objaw.

               W końcu w komnacie pojawił się Muzan. Władca. Król. Prawdopodobnie najpotężniejsza istota na świecie.

               I przekazał wiadomość. Nie wyrażając żadnego żalu, ubolewania z powodu ich odejścia. Bez żadnych wstępów. Bez ceremonii. Suchym, bezpośrednim, niewzruszonym tonem. Tak, jakby opowiadał o pogodzie albo planowanych zakupach. Zwyczajnie to… oznajmił. Po prostu.

               A ono nadal nie mogło w to uwierzyć. Metaforyczna nić wiążąca ich ze światem w jego umyśle została zerwana. Przecięta prostymi słowami Kibutsujiego.  Czekała ich jedynie nicość. To, przed czym teoretycznie chciał ich uchronić. W rzeczywistości chronił tylko siebie. Widział w tych dzieciach ofiary. Bezbronne, ale przepełnione gniewem. Poczuciem niesprawiedliwości. Nienawiścią. Dokładnie takie jak on. Skrzywdzone przez dorosłych, którzy mieli zapewnić im opiekę. Mieli? To był ich zasrany obowiązek. Powinni ich kochać. Dbać o nich. Zamiast tego traktowali ich jak obiekty, narzędzia. Mieli określoną rolę. Uśmiechać się. Udawać. Rozumieć problemy osób kilkukrotnie od nich starszych. Rozwiązywać te problemy.

               Być może te ostatnie wtrącenia były odrobinę zbyt personalne.

               Wciąż się uśmiechał. Szeroko. I nieszczerze. Wywoływał ogólny dysonans, zgorszenie wśród zgromadzonych demonów. Oni, w przeciwieństwie do niego, nie interesowali się ich losem. W żadnym stopniu. Ale byli poważni. Zamyśleni. Zachowywali pokerowe twarze. A on? Cieszył się jak idiota. Przynajmniej z ich perspektywy.

               Wewnętrznie było mu bowiem daleko od radości. Tak daleko, jak tylko mogło być. Czuł się źle. Okropnie źle. Boleśnie. Nie miało pojęcia, w jaki sposób miało w ogóle opisać ten stan. Smutek? Nie, to nie wydawało się odpowiednie. Żałoba? Czy to liczyło się jako emocja? I co tak właściwie oznaczała? Złość, gniew? Jedynie na siebie. Żal? Czym był żal?

               Nie wiedziało. Nie rozumiało. Nigdy się tego nie nauczyło. Nie miało ku temu okazji. Jak miało to zrobić? Od dorosłych? Każdy dorosły, z którym się spotykał, jedynie wylewał swoje kłopoty, emocje. Oczekiwał pomocy, porady. Od niego. Od dziecka. Od bezbronnego dziecka, które ledwo opanowało sztukę liczenia do dziesięciu. Od potwornie ukaranego, bezbronnego dziecka, którego jedynym przewinieniem było urodzenie się z kolorowymi oczyma, z idiotycznego powodu tak bardzo dla nich ważnymi. Czy naprawdę wyrok równy był zbrodni? Czy naprawdę musiał płacić tę cenę?

               Nienawidził tego. Nienawidził wszystkiego, co łączono z wiarą. Nienawidził swych wyznawców. Byli doprawdy żałośni. Zdesperowani. Powierzali swoje życie w ręce demona. Dobrowolnie. Bawiło go to – och, jak słabi byli ludzie! Proste niedogodności w życiu doprowadzały ich do stanu, w którym fizycznie i psychicznie uzależniali się od bóstwa. Siły wyższej, decydującej za nich. Nie poddawali jej żadnej krytycznej ocenie. Bezgranicznie ufali. W przeciwieństwie do niego. Zawsze sądził, że stawiało go to w wyższej pozycji.  

– Jakie to idiotyczne – zachichotał, opuszczając pokój spotkania. W obrzydliwy, przykry sposób. W sposób ani odrobinę nie imitujący radości.

               Wrócił do tego okropnego budynku. Do budynku, którego nie cierpiał całym sercem. O ile jakieś miał. Do budynku, z którym wiązało się tak wiele wspomnień. Przerażających wspomnień.

               Wzdrygnął się, przekraczając próg świątyni. Jednym ruchem odpędził płaszczących się przed nim kultystów. Nie był w nastroju na słuchanie ich gorzkich żali. Ani nawet na jedzenie. Pragnął wyłącznie spokoju. Odpoczynku. Chwili wytchnienia, bez żadnych rozpraszaczy.

               Wparowawszy do swojego pokoju, trzasnął pozłacanymi drzwiami. Zakluczył je, po czym bezwładnie opadł na łóżko, przekierowując wzrok na bogato zdobiony sufit. Obserwował piękne ornamenty, śledził wzrokiem zawinięte arabeski wykute w metalach szlachetnych, uzupełniane przez rubiny, szafiry i błyszczące drobiny innych klejnotów.

               Jakie to wszystko było próżne. Jakie ordynarne. Przyziemne. Właściwe dla prostaka, zwykłego człowieka. Nie dla bytu tak bardzo od nich doskonalszego. Mimo wszystko to jednak ono leżało na jedwabiu i puchu w lśniącej komnacie, a oni cisnęli się w ciasnych klitkach, radując się z samej obecności w kulcie. W kulcie będącym jedynie miernym oszustwem, sprowadzającym na nich wyłącznie śmierć i ból. Cóż za idealna ironia.

               Uśmiechnął się ponownie. Nie wiedział nawet dlaczego. Nie widział w tym sensu. Nie widział jednak także sensu w nieuśmiechaniu się. Jego mimika nic w tej sytuacji nie zmieniała, cierpiał niezaprzeczalnie, a ronienie gorzkich łez by mu nie pomogło. Pozostało mu tylko ponowne przyodzianie maski.

               Chyba w rzeczywistości wcale nie udawał. Po prostu był głupkiem. Nie, nie głupkiem. Błaznem. I to nie byle jakim. Królem błaznów.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Emos and their labrador joyfriends || Viego x Akshan highschool au

Bal [Harry x Hermiona, cu] | Alias średnio udane Harmione, bo po raz pierwszy piszę coś z HP-

Sylwester [Sasori x Deidara, human au] | Alias Brzask Człowiek Złoto-