The king of fools [Demon Slayer semi-angst]
« The king of fools »
(Douma is
non-binary cuz I say so (they/he)) (Also, it’s not necessarily a comedy, nor a
fluff) (But it’s still dumb af and has lots of silly moments) (Decorum doesn’t exist lmao) (Also it’s a character
study type of fic, so it’s boring af) (And also, it starts after Entertainment
District arc) (Slight canon divergences + a bit ooc Douma) (Also Muzan being
genderfluid is SO real, but we’re not ready for this to happen)
TW/CWs: Contains
some not very graphic depictions of beheading
and generally canon-like violence; some mentions of suggested intrusive
thoughts and religious/family childhood trauma (mostly religious tho)
***
Gdyby
któremukolwiek z wyższych księżyców powierzono zadanie scharakteryzowania
Doumy, niemal na pewno w swoim opisie posłużyłby się określeniem „błazen”. Nie
omieszkałby także, zapewne, wspomnieć o jejgo ponadprzeciętnie rozwiniętej
umiejętności irytowania wszystkich wokół i ogromnym potencjale do wywoływania
zmieszania. Sama obecność demona większość wprawiała w konsternację, również
wtedy, gdy w żaden sposób się ono nie udzielało. Sposób, w jaki Douma
siedziało, uśmiechało się lub zwyczajnie patrzyło – nie, wgapiało się –
było wystarczająco niepokojące. Nawet dla tak odrażających, zgniłych moralnie
person jak lepsza szóstka Kizukich, być może z wyłączeniem Kokushibo.
Wielką
radość stanowiło więc dla nich to, że nie musieli oni wchodzić z tym osobnikiem
w zbędne interakcje. Ostatecznie im mniej obecne Douma było w ich
nieograniczonej egzystencji, tym lepiej. Nie to, żeby każdego dnia dziękowali
Najwyższej Ekscelencji Magnificencji Kibutsujiemu za to, że nie mają w
obowiązku regularnie widywać znienawidzonej przez nich twarzy – aczkolwiek na
pewno za nią nie tęsknili.
Dlatego
każde wezwanie do Zamku Nieskończoności wywoływało falę, eufemistycznie to
określając, braku entuzjazmu. U wszystkich, z wyłączeniem samego powodu, rzecz
jasna.
Ponieważ
ono, czego trudno było nie zauważyć, do wszystkiego podchodziło z
ponadprzeciętnie, niesamowicie wyolbrzymioną pasją, będącą niemal równie
żarliwą, co sztuczną. W rzeczywistości stanowiła ona jedynie maskę, fasadę, za
którą kryło się ogólne znudzenie i emocjonalne odrętwienie, wyjałowienie
pozbawione jakichkolwiek uczuć czy potrzeb wyższych niż te zupełnie podstawowe.
I chociaż niewprawiony obserwator mógł ulec tej złudnej gorliwości, żadna
wyższa ranga nie nabierała się już na jejgo sztuczki. To jednak nie
przeszkadzało mu udawać. Wydawało się wręcz, że umyślne irytowanie w ten sposób
reszty obecnych sprawiało mu pewną, nieudolnie skrywaną przyjemność. A może
było to zaledwie kolejne z jego oszustw? Cóż, Douma nie należał do grona osób
łatwych do przejrzenia. Mimo to traktowali go jak irytującego insekta,
latającego gdzieś w pobliżu, drażniącego wydawanymi dźwiękami, ale niemożliwego
do zneutralizowania.
I właśnie
ten pokraczny pomiot Muzana skocznym krokiem przemierzał jedna po drugiej
komnaty Zamku. Z szerokim uśmiechem, idealnie eksponującym śnieżno-białe kły i
krwią ściekającą powoli z lewego kącika ust, wsiąkającą w zdobiący go materiał,
przekraczało kolejne bambusowe drzwi, mijając identycznie wyglądające ściany i
podłogi, pozornie niemożliwe do rozróżnienia, same w sobie stanowiące
prawdopodobnie letalną pułapkę dla nieszczęsnego śmiertelnika, który zapuściłby
się w te progi. Tak, gdyby grupa najpotężniejszych demonów świata nie była
wystarczająca.
Douma
przystanęło przed ostatnimi drzwiami. Poprawił swój zhwa nag1 i dodał
do swojego wyrazu twarzy nutkę delikatnej niewinności. Nic bowiem nie
wprowadzało więcej chaosu niż silny kontrast – w tym przypadku pozornie
łagodnej mimiki oraz brutalnie zdobytych ‘’ornamentów’’. Mieszanka idealnie
wybuchowa.
Z finezją
otworzył delikatną konstrukcję, wychylając się zza winkla i uważnie lustrując
pomieszczenie. Komnata zdawała się całkowicie opustoszała, najprawdopodobniej
od wielu lat. Każdy znajdujący się w niej mebel ustawiony był nienaturalnie
idealnie, prosto, jak gdyby nigdy nie zbrukał go nieludzki dotyk. Kurz
powlekał je wszystkie równomiernie, nie posiadając w cienkiej warstewce
żadnych, nawet najmniejszy ubytków dowodzących przeszłego użytkowania.
Czyli wszystko
było na swoim miejscu. Wyglądało tak samo, jak dekady (czy na pewno dekady? W
trakcie nieskończonej egzystencji łatwo jest zgubić rachubę czasu) temu,
podczas ostatniego zebrania wyższych rang.
Douma
prędko zajęło swoje zwyczajowe miejsce, siadając na jednym z pufów ze
skrzyżowanymi nogami, machinalnie przyjmując statyczną pozycję. Wiedział, że
inni nie przybędą szybko. Niestety. Zazwyczaj lubił być tu przed czasem. To
miejsce w dziwny, niezrozumiany przez niego sposób oddziaływało na niego
kojąco. Tym razem tak jednak nie było.
Nie cieszyło
się, że miało trochę czasu do namysłu w samotności. Chociaż niemal zawsze doceniało
więc krótkie chwile wytchnienia od swoich wyznawców, czuło, że teraz samotność doprowadzi
go do obłędu. Ona wszakże zmuszała do przemyśleń. Zmierzenia się osobiście z
nieskończonym labiryntem umysłu – a obecnie niczego nie obawiał się bardziej.
Dalej bowiem nie rozumiał, z jakiego powodu właściwie mieliby zostać wezwani.
Intrygowało go to, w negatywny sposób – w końcu Kibutsuji robił to jedynie w
istotnych sytuacjach. Cóż obecnie mogło zmusić go do takiego kroku? Czy
chodziło o tego chłopca z kolczykami hanafuda, o którym ostatnio co nieco
słyszał? Czy naprawdę jeden dzieciak z mieczem mógł wywołać takie poruszenie?
Wyglądało
na to, że tak. Żadne inne opcje nie były przez niego akceptowane – głównie dlatego,
że były zbyt odrealnione, aby mogły mieć przełożenie na rzeczywistość. Każdy
słyszał przecież o rzezi niższych rang – ale coś takiego w tym przypadku byłoby
ruchem bezsensownym. Jak bardzo Muzan nie okazywałby swojej nienawiści i
poczucia wyższości, byli mu potrzebni. Kolejną ewentualność stanowiła śmierć
któregoś z księżyców – lecz to także brzmiało jak absurd. Hierarchia nie
zmieniła się od przeszło wieku. Poza tym nawet najsprawniejszy zabójca demonów,
zdaniem Doumy, nie podołałby zabiciu stworzenia tak potężnego.
– Czyż nie? – zapytał, doskonale wiedząc, że nie uzyska
odpowiedzi. Traktowało zresztą to pytanie jako zupełnie retoryczne,
niewymagające głębszych przemyśleń. Odpowiedź była przecież zwięzła. Brzmiała nie.
Dlaczego
więc niezidentyfikowany, w pełni niematerialny obiekt co rusz dźgał go gdzieś
we wnętrzu, budząc w nim nieracjonalny niepokój? Pustkę, która domagała
się realnej odpowiedzi na ten temat? Prawdziwego, namacalnego zaprzeczenia?
Cóż. Słyszało również i te pogłoski. Każdy je słyszał. Życie w
odizolowanej sekcie nie sprawiało od razu, że człowiek… demon stawał się głuchy
na wszelkie docierające z zewnątrz informacje – to nie on był tym
indoktrynowanym.
Więc,
jedynie być może, czysto hipotetycznie, trzecia przyczyna nie była tak
kompletnie odrealniona.
– Nie, to dobre dzieci – stwierdziło po dłuższej chwili
milczenia, wciąż siedząc kompletnie nieruchomo, niezmiennie uśmiechając się w
dal. Uśmiech ten jednak w najmniejszym stopniu nie aspirował do przejawu
radości. Ani odrobinę go nie przypominał. Był okropny, jakby miał pełnić
funkcję pocieszenia przez osobę jeszcze dobitniej przygnębioną.
Znów
nastąpiła cisza. Nie ta przyjemna, raczej ta z rodzaju przytłaczających,
duszących, ale niemożliwych do przerwania. Dalsze mówienie do siebie jednak nie
poprawiłoby tego stanu rzeczy, jedynie jeszcze bardziej utwierdziłoby go w
przekonaniu, że odchodzi od zmysłów. Wolało się więc nie odzywać.
To
odrętwienie nie trwało, na szczęście, długo. Zaledwie po kilku minutach do
nozdrzy Doumy dotarł silny zapach innego demona – znanego mu demona. Nawet
doskonale znanego. Odwrócił się w kierunku, z którego dobiegał.
– Akaza-dono! – wykrzyknęło z fałszywym entuzjazmem w
sekundzie, w której różowowłosy mężczyzna
przekroczył próg – Witaj!
Przybysz
od stóp do głów zmierzył go wzrokiem wyrażającym czystą, nieskrywaną pod
żadnymi maskami odrazę. Bardzo w stylu Akazy. On nigdy nie udawał. Chwała mu za
to.
– Douma – ledwo wycedził to słowo przez zaciśnięte zęby, a
mimo to nuta nierozcieńczonej niczym pogardy była bardziej niż wyczuwalna – Nie
masz do roboty czegoś bardziej produktywnego od nawiedzania tego miejsca? Jesteś
jak jakiś cholerny duch. Nie można tu nawet siedzieć w spokoju.
Na te
słowa jedynie szerzej się uśmiechnęło, delikatnie przymykając oczy.
– Po prostu tęsknię za moimi przyjaciółmi – wyraźnie
zaakcentowało ostatni wyraz, po czym przechyliło głowę w bok – Dawno was nie
widziałom.
Niższy
spiorunował go wzrokiem, jednocześnie niemo odmawiając udziału w dalszej, w
jego mniemaniu bezcelowej, wymianie zdań. Pokręcił głową i westchnął ciężko. Z
Doumą nigdy nie dało się poważnie porozmawiać. Zawsze zachowywał się jak, cóż,
błazen, zmieniał tor konwersacji albo zaczynał bredzić na inny temat. Po tylu
dekadach przymusowej znajomości stawało się to męczące.
Z
utęsknieniem wyczekiwał więc momentu, w którym w komnacie pojawi się ktoś
jeszcze. Tymczasem pozostawało mu ignorowanie dziwnych zachowań towarzyszącego
mu demona. Ostatecznie zawsze zależało mu jedynie na zwróceniu na siebie uwagi.
– Hej, Akaza-dono! Nie udawaj, że mnie nie słyszysz. Nie tak
się zachowują przyjaciele, czyż nie?
Nie
odrywało wzroku od trzeciej rangi, oczekując odpowiedzi. Dalej nieznacznie
unosiło kąciki ust, eksponując niemal śnieżno-białe kły. Idealnie kontrastowały
z brązowiejącą już plamą na policzku. Widok ten wzbudził w drugim księżycu
odrazę.
– Powinnoś nareszcie nauczyć się podstaw higieny – stwierdził,
kompletnie niewzruszony. Nie miał zamiaru dać się wyprowadzić z równowagi.
– Ach, to? – zapytało jakby retorycznie, wskazując na
zabrudzenie – Była naprawdę pyszna, mhm – dodał po chwili, doskonale wiedząc,
jaką reakcję to spowoduje.
Jednak
zdawało się, że się przeliczył.
Oczekiwał,
że po takim komentarzu Akaza wściekłby się na tyle, aby przynajmniej ponownie
pozbawić go głowy. To byłoby chociaż odrobinę interesujące.
Tak się
jednak nie stało, a Douma ponownie został brutalnie zmuszony do skonfrontowania
się z własnymi myślami. A ta perspektywa bardzo się mu nie podobała.
Nigdy nie
lubił swoich myśli – były głośne. I frustrujące. Nie mogło się ich pozbyć,
zawsze słuchało, co jejgo mózg miał mu do powiedzenia – czy tego chciało, czy
nie. A nigdy nie chciało.
Teoretycznie
zawsze sądził, że nie odczuwał emocji. Uczucia były mu obce. Nie rozumiał ich.
Nie znał ich. Nie potrzebował ich. Ale to nigdy nie była prawda. Przynajmniej
nie w całości.
Do części
prawdziwej zaklasyfikować należało bowiem wzmiankę o nierozumieniu swoich
odczuć. Cała reszta była czystą bujdą. Czuł je. Zwyczajnie w innym natężeniu. I
tak właściwie nie wiedział, co czuł. To zawsze stanowiło dla niego pewną
tajemnicę, zagadkę, niemożliwą do rozszyfrowania. Nie znał klucza, którym
miałby się kierować. Mechanizm wydawał się zbyt skomplikowany, zbudowany na
szkielecie niejasnego, nie do końca określonego algorytmu z wieloma
niewiadomymi. Kompletnie bezużyteczny.
Zdecydowało
się więc na opcję znacznie prostszą, bezpieczniejszą. Wykorzystując zmysł
wzroku, obserwowało zachowania, reakcje, mimikę innych ludzi – a następnie
naśladowało ich, z biegiem lat stając się w tej sztuce prawdziwym wirtuozem.
Jedynie nieliczni byli w stanie zorientować się w tym teatrzyku kłamstw.
Zostając
wyższą rangą, ostatecznie zrezygnował z prób dojścia do ładu z własnym
wnętrzem. Przybrał maskę nadmiernie entuzjastycznego, wesołego błazna. Przestał
liczyć się z tym, co sądzili inni. Jak bardzo niekomfortowo czuli się z jego
obecnością, jak wielki dysonans budziła w nich jego persona radosnego
psychopaty. I nigdy na ponów nie zaczęło, czego cholernie żałowało.
Nigdy.
Nawet wówczas, gdy spotkał te dzieci. Odrzucone, znienawidzone, wzgardzone
przez świat. Niezrozumiane. Traktowane jak ludzkie odpady, nikomu niepotrzebne.
Nie powinno w nich zobaczyć samego siebie. Nie miało do tego żadnego powodu.
Ale zobaczyło. I pierwszy raz zrozumiało, co poczuło. Pierwszy raz pojęło, co
ludzie nazywali miłością. Bo niezaprzeczalnie ich pokochał. Dlatego
zaproponował im przemianę. Och, jak egoistyczne było to z jego strony. Jak
okrutne, jak egocentryczne. Ale początkowo tego nie zauważało. Do czasu.
Do czasu,
aż Daki i Gyutaro nie stali się ulubieńcami Muzana. Łatwi do zmanipulowania,
ustawienia po swojemu. Zatrucia. To były dobre dzieci. Dopóki nie zaczął
mieszać im w głowach. Chciał mieć ich pełną lojalność, całkowite,
niekwestionowalne oddanie. Pozwolił im nawet współpracować, pomimo odgórnego
zakazu. Douma wszystko to widziało. Brzydziło go to. Ale nie zareagował. Nie
walczył o nich. Zawiódł ich.
A teraz te
zatrute dzieci mogły nie żyć. Zabite chłodną stalą, z powodu wyroku wykonanego
rękoma zabójców, lecz niezaprzeczalnie wydanego przez niego samego. Dekady
temu, gdy ofiarował im swą krew.
Czy to
naprawdę było tego warte?
Na
szczęście nie dostał więcej czasu na zastanawianie się nad tymi kwestiami. W
drzwiach bowiem pojawiła się kolejna sylwetka, wyższa, nawet od samego Doumy,
wyposażona w ostrze Nichirin. Kokushibo.
Zmierzył
obecnych w pokoju chłodnym wzrokiem, po czym zajął przydzielone mu miejsce. Zgrabnym
ruchem ułożył miecz na kolanach i rozluźnił się, w milczeniu wpatrując się w
jeden, bliżej nieokreślony punkt, oczekując na przybycie Kibutsujiego. Planował,
aby przebiegło to we względnym spokoju, bez zbędnych dyskusji. Nie sądził
jednak, aby jego pobożne życzenia zdołały opuścić sferę uroczych marzeń. Nie z
Doumą w tym samym pomieszczeniu. Rzecz jasna pierwszy księżyc był od niego
znacznie silniejszy – jednakowoż nie miało to szczególnego znaczenia w takiej
sytuacji. Walka była ostatecznością i dyktowała ją jedynie chęć rzeczywistej
zmiany rangi. W innych sytuacjach była wykluczona. A ono i tak było po prostu
denerwujące. Nie stanowiło żadnego zagrożenia.
Pozostawało
mu więc ignorowanie irytującego demona, co, tak właściwie, szło mu całkiem
nieźle. Dowodził temu fakt, że pomimo jejgo usilnych prób na zwrócenie na
siebie uwagi, trwających już zresztą kilka dobrych minut, Kokushibo nawet nie
drgnął. Nie odwrócił wzroku w jejgo kierunku. Kompletnie nie słuchał
wypluwanych przez niego bredni, odbierając jedynie niezidentyfikowane szumy,
świadczące o tym, że rzeczywiście prowadził jakiś monolog.
– Stul wreszcie pysk. Nie można usłyszeć nawet własnych myśli
– wycedził przez zęby Akaza, ostatecznie nie dotrzymując swojego postanowienia.
Kokushibo
jedynie wywrócił oczyma. Nie spodziewał się po nim niczego innego.
– Ma, ma, Akaza-dono. To bardzo nieuprzej… – Brutalny ruch
przerwał jego wypowiedź w połowie. Oderwana głowa uderzyła głucho o podłogę, zostawiając
na niej krwawy ślad.
Po chwili
dołączyła do niej ręka sprawcy, jednym, sprawnym cięciem oddzielona od korpusu
przez pierwszą rangę.
– Szanuj hierarchię, Akaza – rzekł zdawkowo, zupełnie
obojętnym tonem. Ich żenujące, zdziecinniałe zachowanie dawno przestały na
niego działać. Respekt dla zasad był jednak najważniejszy. Nie interesowały go
w tym przypadku żadne prywatne zatargi. Powinni wykazać się pewnym poziomem.
Rzecz
jasna żadna z tych ran nie zagrażała ich życiu w najmniejszym stopniu. Jak
szybko części ciał znalazły się na posadzce, tak samo szybko powróciły na swoje
pierwotne miejsce. Ku nieukontentowaniu różowowłosego. Liczył na dłuższą chwilę
odpoczynku od irytującego głosu blondyna.
Na usta
Doumy na ponów wstąpił uśmiech. Och, jak przyjemnym widokiem był chaos. Od
zawsze z niewyjaśnionych przyczyn przynosił mu rozrywkę. Zwyczajnie był intrygujący,
bawił go. Do tego przyjęta przez nie persona sprawdzała się wyśmienicie w jego wywoływaniu.
Szkoda, że nigdy nie trwał wystarczająco długo.
Dalsze
próby denerwowania towarzyszy pomogły mu przeczekać następne kilkadziesiąt
okropnych minut. Przybycie Gyokko i Hantengu zapewniło mu jedynie więcej potencjalnych
opcji.
Czekanie
go zabijało. Naprawdę chciało wierzyć w to, że zasłyszane przezeń plotki to wierutne
bzdury, czyste wymysły, niezawierające ani grama, promila prawdy. Wmawiało to
sobie – przecież zawsze było w tym dobre… Dlaczego tym razem mu się nie
udawało? Dlaczego jako dziecko było w stanie samo na sobie wymusić uwierzenie w
sensowność swojej roli, całego swojego życia, a teraz nie mogło zrobić nawet
tego?
W jego
głowie Daki i Gyutaro trwali w dziwnym zawieszeniu. Ani nie żyli, ani nie
umierali, ani nie leżeli jeszcze w chłodnej glebie. Istnieli w pauzie metafizycznej,
nieokreślonym stanie. Nie pogodził się z myślą, że mogliby umrzeć. Ale nie
potrafił też oszukiwać siebie. Słyszał to ze zbyt wielu źródeł, aby móc machnąć
na to ręką i przejść obojętnie obok.
Dalej się
uśmiechał. Na każdą myśl o nich nawet mocniej. Niezdrowy objaw.
W końcu w
komnacie pojawił się Muzan. Władca. Król. Prawdopodobnie najpotężniejsza istota
na świecie.
I
przekazał tę wiadomość. Nie wyrażając żadnego żalu, ubolewania z powodu
ich odejścia. Bez żadnych wstępów. Bez ceremonii. Suchym, bezpośrednim,
niewzruszonym tonem. Tak, jakby opowiadał o pogodzie albo planowanych zakupach.
Zwyczajnie to… oznajmił. Po prostu.
A ono nadal
nie mogło w to uwierzyć. Metaforyczna nić wiążąca ich ze światem w jego umyśle
została zerwana. Przecięta prostymi słowami Kibutsujiego. Czekała ich jedynie nicość. To, przed czym teoretycznie
chciał ich uchronić. W rzeczywistości chronił tylko siebie. Widział w tych dzieciach
ofiary. Bezbronne, ale przepełnione gniewem. Poczuciem niesprawiedliwości. Nienawiścią.
Dokładnie takie jak on. Skrzywdzone przez dorosłych, którzy mieli zapewnić im
opiekę. Mieli? To był ich zasrany obowiązek. Powinni ich kochać.
Dbać o nich. Zamiast tego traktowali ich jak obiekty, narzędzia. Mieli
określoną rolę. Uśmiechać się. Udawać. Rozumieć problemy osób kilkukrotnie od
nich starszych. Rozwiązywać te problemy.
Być może te
ostatnie wtrącenia były odrobinę zbyt personalne.
Wciąż się uśmiechał.
Szeroko. I nieszczerze. Wywoływał ogólny dysonans, zgorszenie wśród
zgromadzonych demonów. Oni, w przeciwieństwie do niego, nie interesowali się
ich losem. W żadnym stopniu. Ale byli poważni. Zamyśleni. Zachowywali pokerowe
twarze. A on? Cieszył się jak idiota. Przynajmniej z ich perspektywy.
Wewnętrznie
było mu bowiem daleko od radości. Tak daleko, jak tylko mogło być. Czuł się
źle. Okropnie źle. Boleśnie. Nie miało pojęcia, w jaki sposób miało w ogóle opisać
ten stan. Smutek? Nie, to nie wydawało się odpowiednie. Żałoba? Czy to liczyło
się jako emocja? I co tak właściwie oznaczała? Złość, gniew? Jedynie na siebie.
Żal? Czym był żal?
Nie
wiedziało. Nie rozumiało. Nigdy się tego nie nauczyło. Nie miało ku temu
okazji. Jak miało to zrobić? Od dorosłych? Każdy dorosły, z którym się
spotykał, jedynie wylewał swoje kłopoty, emocje. Oczekiwał pomocy, porady. Od niego.
Od dziecka. Od bezbronnego dziecka, które ledwo opanowało sztukę
liczenia do dziesięciu. Od potwornie ukaranego, bezbronnego dziecka,
którego jedynym przewinieniem było urodzenie się z kolorowymi oczyma, z idiotycznego
powodu tak bardzo dla nich ważnymi. Czy naprawdę wyrok równy był zbrodni? Czy
naprawdę musiał płacić tę cenę?
Nienawidził
tego. Nienawidził wszystkiego, co łączono z wiarą. Nienawidził swych wyznawców.
Byli doprawdy żałośni. Zdesperowani. Powierzali swoje życie w ręce demona.
Dobrowolnie. Bawiło go to – och, jak słabi byli ludzie! Proste niedogodności w
życiu doprowadzały ich do stanu, w którym fizycznie i psychicznie uzależniali
się od bóstwa. Siły wyższej, decydującej za nich. Nie poddawali jej żadnej
krytycznej ocenie. Bezgranicznie ufali. W przeciwieństwie do niego. Zawsze
sądził, że stawiało go to w wyższej pozycji.
– Jakie to idiotyczne – zachichotał, opuszczając pokój
spotkania. W obrzydliwy, przykry sposób. W sposób ani odrobinę nie imitujący
radości.
Wrócił do
tego okropnego budynku. Do budynku, którego nie cierpiał całym sercem. O ile
jakieś miał. Do budynku, z którym wiązało się tak wiele wspomnień.
Przerażających wspomnień.
Wzdrygnął
się, przekraczając próg świątyni. Jednym ruchem odpędził płaszczących się przed
nim kultystów. Nie był w nastroju na słuchanie ich gorzkich żali. Ani nawet na
jedzenie. Pragnął wyłącznie spokoju. Odpoczynku. Chwili wytchnienia, bez żadnych
rozpraszaczy.
Wparowawszy
do swojego pokoju, trzasnął pozłacanymi drzwiami. Zakluczył je, po czym
bezwładnie opadł na łóżko, przekierowując wzrok na bogato zdobiony sufit. Obserwował
piękne ornamenty, śledził wzrokiem zawinięte arabeski wykute w metalach
szlachetnych, uzupełniane przez rubiny, szafiry i błyszczące drobiny innych
klejnotów.
Jakie to
wszystko było próżne. Jakie ordynarne. Przyziemne. Właściwe dla prostaka,
zwykłego człowieka. Nie dla bytu tak bardzo od nich doskonalszego. Mimo
wszystko to jednak ono leżało na jedwabiu i puchu w lśniącej komnacie, a oni
cisnęli się w ciasnych klitkach, radując się z samej obecności w kulcie. W
kulcie będącym jedynie miernym oszustwem, sprowadzającym na nich wyłącznie
śmierć i ból. Cóż za idealna ironia.
Uśmiechnął
się ponownie. Nie wiedział nawet dlaczego. Nie widział w tym sensu. Nie widział
jednak także sensu w nieuśmiechaniu się. Jego mimika nic w tej sytuacji nie
zmieniała, cierpiał niezaprzeczalnie, a ronienie gorzkich łez by mu nie pomogło.
Pozostało mu tylko ponowne przyodzianie maski.
Chyba w
rzeczywistości wcale nie udawał. Po prostu był głupkiem. Nie, nie głupkiem. Błaznem.
I to nie byle jakim. Królem błaznów.
Komentarze
Prześlij komentarz